Przejdź do głównej zawartości

Gdy nie ma w firmie szefa... to jesteśmy...


Szeryf postanowił wziąć sobie wolne. I w dodatku wyjechał zagranicznie, co dzięki wysokiej cenie roamingu daje nam względny spokój do końca tygodnia.
Wykopałam się już spod sterty papierzysk, którą mnie przykryto po macierzyńskim -właściwie - jestem "na bieżąco", co po miesiącu ostrego "zapieprzu" powoduje błogi spokój szarych komórek.

Zasiadam więc z kawą przed komputerem, który przestał straszyć...

Jak wychodziłam dzisiaj z domu - Jula spała. Z wygodnie rozrzuconymi nad główką rączętami, nie zwracała uwagi na to, że wyszłam z łóżka, zapaliłam lampkę, by znaleźć jakieś ciuchy do pracy. Spała jak się ubierałam i gdy zamykały się za mną drzwi mieszkania. W nocy budzi się kilkakrotnie - conajmniej 3 razy. Z pierwszą pobudką zabieram ją do siebie. Mimo wszystkich apeli psychologów jestem zbyt wygodna, by noc w noc wstawać, uspokajać i odkładać ją spowrotem do łóżeczka. A potem o 6:00 raźnie wstawać do pracy... No sorry Winnetou - ja też potrzebuję snu ;) Ale czas od zaśnięcia Młodej w łóżeczku do pobudki - wciąż się wydłuża, liczę więc na to, że którejś nocy po prostu będzie sobie spokojnie spać aż do rana :) Obym się nie przeliczyła...

W poniedziałek Mama ma wizytę u specjalisty - będą się ważyć nasze losy - jeśli można ją wzmocnić farmakologicznie i będzie mogła wrócić - nadal szukamy mieszkania do kupienia - jeśli nie wróci - szukamy taniego mieszkania pod wynajem, ja biorę wychowawczy i... żyjemy od pierwszego do pierwszego, póki nie znajdzie się żłobek dla Juli... Uprasza się więc o trzymanie kciuków - i to takie porządne...

A póki co, żyjemy do weekendu i urlopu. W ostatni weekend wybraliśmy się we trójkę na tygodniowe zakupy. Z błogimi uśmiechami - bo pogoda piękna, Jula w wózku grzecznie się rozgląda, pełni optymizmu pospacerowaliśmy sobie do odległych o parę km (tak ze 2-3 tylko) marketów. Jula zasnęła przed Lidlem, więc spokojnie zrobiliśmy pierwsze zakupy - tydzień włoski był akurat, więc coś co tygryski lubią najbardziej - makaronik, oliwka z oliwek, sosiki i nasze ulubione lody z orzechami... Poza tym duperelki typu ryż, kasza i ... koszyk wózeczka zrobił się pełny. Nic to, poszliśmy jeszcze do Kauflandu. Nareszcie zdybaliśmy opiekacz do kanapek - więc chleb tostowy, żółty serek, topiony serek, zupki i soczki dla Juli, pieluchy, Młoda się w międzyczasie obudziła, jakaś wędlina, warzywa, owoce, Młoda zaczęła się wiercić, mleko, jajka, mąka, papier, bez którego ani rusz ...iii do kasyyy, bo Juli przestały się podobać kolorowe półki... Na szczęście nie było dużo ludzi, bo w ten weekend otworzyli nową Galerię w Kraku. Dzięki temu, że wszyscy pojechali ją podziwiać, my mogliśmy zrobić spokojne zakupy... Spokojne do czasu - Młoda podniosła regularny protest przy kasie - tatuś musiał ją wziąć na ręce, a ja wykładałam zakupy, chowałam je do siatek i... Okazało się ze rąk nam brakuje...

Próbowaliśmy na wszelkie sposoby umieścić Młodą spowrotem w wózku - co tu dużo gadać, moje dziecko już sporo waży... Ale darła się przy tym tak, jakbyśmy ją conajmniej obdzierali ze skóry, więc budziliśmy ogólną niechęć przechodzących obok ludzi. W końcu skapitulowałam. Wzięłam ją na ręce, do wózka wsadziliśmy siatki z zakupami i ruszyliśmy do autobusu. Droga przez mękę - jakieś 700 m... Dobrze, że przy przystanku chodnik był wysoki, bo podjechał jak zwyle stary rozklekotany rzęch z podłogą pół metra nad ziemią. Szkoda, że jeszcze schodków nie miał :/ Jula na szczęście dała się przewieźć parę przystanków, ale na przedostatnim chyba BARDZO chciało się jej już pić - od wrzasków które oczyniła wcześniej i - nie chcąc patrzeć w pełne dezaprobaty oczy współpasażerów wlepione we mnie, bo nic ciekawszego się w autobusie nie działo - wysiadłam. Mężon wysiadł przystanek dalej i czekał na nas z tobołami. Jak na złość było pod górkę, ciepła kurtka i siedem kilo szczęścia w ramionach. Czerwona na twarzy, dysząca jak parowóz podałam "Kochane Maleństwo" Mężonowi. Sama zajęłam się pchaniem wózka. Na szczęście było już z górki. Dotarliśmy do domu ledwo żywi... I wiecie - zakupy z małym dzieckiem to BARDZO głupi pomysł...

Jula w domu dostała soczek i szczęśliwa chciała się bawić. My dochodziliśmy do siebie jeszcze długą chwilę... ;) Kiedyś zakupy nie stwarzały takiego problemu...

Byliśmy też w weekend u rodziny Mężona - na wsi. To ta wielopokoleniowa, o której pisałam Wam już tutaj . Zachwytom nad Julą nie było końca i porównaniom też...

Nie wiem czy wam mówiłam - w rodzinie Mężona w tym roku urodziły się dwie dziewczynki - nasza i syna siostry mojej Teściowej. Nasza w maju - tamta w lipcu - nasza większa - tamta mniejsza - nasza karmiona cycem - tamta butlą - i teraz mimo miesiąca różnicy - Tamta jest większa - a czemuuu?? A bo butlą karmiona? A nasza już siedzi z podparciem??? A bo tamta nie. A bo miesiąc różnicy to jednak dużo?? I ciągle ciągle... Bo kuzyn podrzuca Małą wszystkim ciotkom jak leci, bo lubi swobodne życie... Bo zabiera ją nawet do pubów zamglonych papierosowym dymem i butelka z mlekiem stoi obok kufli z piwem... (zdjęcie takie widziałam :/) Ale Tamta nie boi się ludzi - no sorry za taką cenę, to ja nie chcę... Na szczęście takie wizyty muszę odbębniać raz na jakieś pół roku... To na trochę mam z głowy...

OK dość bo za długie notki źle się czyta :) Następna jutro - jeszcze tylko zdjęcie Julii...
Pozdrowionka!!!! :)



Komentarze

  1. owszem, bywa, że długie notki czyta się źle, ale nie Twoje. Ty tak ładnie piszesz, bardzo lubię.
    no dobrze. a teraz konkrety :) (to będzie długi komentarz - źle się takie czyta?)
    jesteś niesamowita w pracy. dostałaś jakiś order Pracownika Roku czy coś? powinnaś.
    kiedy koło północy kładę się spać, a Zofka zamarudzi, że "mamo, mleko", też zabieram Ją do naszego łóżka i tak już zostaje do rana. lubię z Nią spać :) i myślę, że naturalnie nam przyjdą całkowicie przespane noce, już osobno.
    kciuki naturalnie będę trzymać, co sił. i po to, żebyście mogli kupić mieszkanie, i po to, żeby Twojej mamie lepiej się żyło w zdrowiu i blisko ukochanej wnusi ;)
    zakupy... kiedyś to było, co? można było cały dzień łazić po sklepach, a wieczorem z błogim uśmiechem, mimo zmęczenia, wpadało się do domu i podziwiało upolowane sprawunki ;) od kilku miesięcy nie bywam w żadnym Tesko, Lidlu czy Żancie. zakupy robię w osiedlowym sklepie, codziennie, żeby nie musieć dźwigać. i tyle. też jest nieźle ;)
    porównań dzieciaków nie chce mi się komentować, to bardzo głupie :)
    ucałowania moje!

    OdpowiedzUsuń
  2. długie czy krótkie, ważne że Twoje :) Lubię tu zaglądać i czytać, czytac, czytać ... :)
    Pamiętam kiedy sama dla własnej wygody bralam małą do swojego łóżka, no niestety ja też jakoś musialam funkcjonowac w pracy i w nosie mialam opinie wszystkich psychologów. Ja i moje dziecko byłyśmy szczęśliwe :) Wrrr... nie lubię porównań, no bo że co, że jak - ech, bez komentarza :)
    Kciuki zaciśnięte za Mamę i za mieszkanko już mam i trzymam mocno, mocniaście.
    Zakupy to chyba ostatnio w przydomowym warzywniaku, nie licząc castoramy i worków z zaprawą, gąłdzią i innymi remontowymi atrybutami :)
    ściskam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzieki Emko, niestety orderu brak, premii, która byłaby najbardziej wskazana - również... Ja też lubię spać z Julą :) Dzięki za kciuki!

    Moniko dzięki, może kiedyś wrócą do nas czasy normalnych zakupów ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. kochana ja i tak podziwiam Julę,z moim Tosiem to zakupów nigdy jeszcze nie zrobilam-a ma 1,5 roku:/ co do przenoszenia dziecięcia do wspólnego łoza-a kysz psychologom,jakoś dwoje juz tak wychowalam i nic zlego im się nie stało-a ja chociaz o chwilę bardziej wyspana;) Jesli chodzi o zdrowie mamy-mocno,mocno trzymam kciuki!!!!!!!!!!
    ps.zapomniałabym-Jula na cycu-popieram,pochwalam i ogólnie tak trzymaj!;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Tosiowa Mamo mam nadzieję, że Jula jak na prawdziwą kobietę przystało będzie lubiła zakupy :))Dzięki za kciuki, a cyc - toż to sama przyjemność - i jaka wygoda :D

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zbieram dobre słowa ;)

Popularne posty z tego bloga

Ku pamięci ;-)

Ważne!

Dzisiaj moja córka zaczęła pisać swój pamiętnik.

Ziarno zostało zasiane...

Ale serio? Że już??

Przecież jeszcze niedawno nie umiała czytać ani pisać!!


Starzeję się...

Niewątpliwie.

Wkurw totalny.

Zwykle tak bywa, że...

Do pewnego momentu jest super, doskonała relacja, pełne zrozumienie, odczytywanie zachcianek, picie sobie z dzióbków i tak dalej...

Następnie przychodzi zgrzyt. I Misiaczkowi Dziubdziusiowi, Koteczkowi rosną rogi i pazury, kopytami zarysowuje parkiet, we wszystkim jest na "nie".

Zaczyna używać słów "Mogłaś to zrobić wczoraj", " Mogłaś mi przypomnieć", " Nie wiedziałem", "Nie mam na to czasu" i "Czym ty jesteś zmęczona???"

Nagle czujemy się odpowiedzialne za całe zlo tego świata łącznie z gradobiciem i plagą komarów.

I domową boginię wśród fajerwerków i donośnych efektów dźwiękowych szlag nagły trafia.

Oczywiście ten stan rzeczy nie trwa nigdy długo. Misiaczek piłuje szpony a Walkiria chowa uzbrojenie w zaciszu szafy...

Ale są takie dni...

Na szczęście mam na nie sposoby..
Dzisiaj taki:

A Wy? Jakie macie rady na chwilowy Armagedon? :-)

Niedoczas....

Czytałam niedawno artykuł.
O nowego rodzaju biedzie.
O ludziach, którzy cierpią na brak czasu. Za żadne pieniądze nie da się go kupić...

Mi się ostatnio wydaje, że spędzam moje życie w pracy. Albo do niej jadąc, albo z niej wracając. Nie macie tak czasami?
Czas, który odczuwam naprawdę, ten, kiedy jestem z moją rodziną, albo robię coś dla siebie jest na wagę złota. I znam tę wagę...

Wielkanoc była wspaniała. Tym razem Rodzice i Babcia przyjechali do mnie. Mialam ich wszystkich tak blisko i choć pojawiły się międzypokoleniowe zgrzyty, było dobrze...

Kiedyś nie doceniałam tego wspólnego czasu. Teraz kiedy pozostało nas tak mało... kolekcjonuję wszystkie momenty, zapisuję w myślach chwile. Na zapas.

Jeszcze dwa dni i uciekamy z K. Reset, zmiana otoczenia, potrzebuję tego bardzo.
Znowu z Rodzicami... :-)

Nie mogę się doczekać.

Dziękuję że zostawiacie słowa. Może tego bardzo nie widać, ale znowu mi się dzięki temu chce pisać. 😀
Udanego weekendu.
Słońca Wam i Sobie życzę!