Przejdź do głównej zawartości

Egzystencjalnie...

Zacznę może od tego, że nie jestem zwolenniczką nieoczekiwanych zmian. Żadnych. Nawet niespodzianki nie za bardzo mi leżą - no, może z wyjątkiem tych pod choinką...
Wolę wiedzieć. Przygotować się.
I wiem, że nie zawsze tak się da...
I mimo to, strasznie przeżywam każdą narzuconą modyfikację mojego życia. Każdą niezależną ode mnie zmianę traktuję jak wroga, co wywołuje mega-stres.
Do wyprowadzki dojrzałam sama. Do ślubu. Potem do powiększenia rodziny. 9 miesięcy docierało do mnie to, że będę mamą. Dotarło.
A potem... Wszystko zaczęło gnać na łeb na szyję. Urlop macierzyński skończył się stanowczo za szybko. Musiałam wracać do pracy. Pierwsza niechciana zmiana, ale jakoś się z nią pogodziłam – przyjechała Mama, Juli było z nią dobrze...
Mama coraz gorzej się czuła, zapadła decyzja o oddaniu Młodej do żłobka. Znalazłam żłobek, potrzebowałam tylko podwyżki w robocie, ale jak wiecie – wtrąciła się Teściowa. A mnie wyrzucili z pracy.
Zmieniłam pracę – mam podpisać umowę na rok. Ale Teściowa dalej kręci mi się po domu... To już historia na całkiem nowy post...
Nie o tym jednak chciałam. Bo jak bumerang powraca sprawa mieszkania. Wszyscy, łącznie z Mężonem cisną – musimy wziąć kredyt i kupić mieszkanie. A mnie to ciśnienie już rozsadza czaszkę.
  • Trzeba się śpieszyć, bo "rodzina na swoim" na dogodnych warunkach, będzie przyznawana jeszcze tylko do końca roku. Rozumiem...
  • Sezonowość pracy Mężona objawia się dość wysoką pensją w miesiącach wiosenno-letnich i wczesno-jesiennych. Potem znowu będzie lipa. Też rozumiem.
  • Jula już potrzebuje swojego pokoiku – jej zabawki są teraz po prostu WSZĘDZIE. Argument nie do pobicia.
  • Chciałabym już być tak naprawdę "U siebie". Niezaprzeczalnie – również na TAK.
Więc o co chodzi????
Chodzi o mnie. Odkąd jest Jula – przestałam skakać "na główkę" do głębokiej wody. Wszystko analizuję, przeliczam, odwracam od podszewki i oglądam milion razy... Nigdy taka nie byłam!
I wyliczam przeszkody... :( BO:
  • Liczyłam na trochę wyższą pensję – ale na podwyżkę mogę liczyć dopiero pod koniec roku, jak już sprawdzę się w pracy. Rozumiem. Ale to akurat nie poprawia naszej zdolności kredytowej.
  • Nie mamy kasy na uruchomienie kredytu, ani – pomysłu skąd tą cholerną kasę wziąć.
  • Wciąż przeglądam oferty – dotąd nie znalazłam mieszkania, które by mnie "urzekło". A raczej w każdym znajduję coś co jest nie tak...
Bo teraz mi jest dobrze tak jak jest!! Bo boję się tej decyzji!!!
30 lat!! Jakaś totalna masakra!! W ciągu 30 lat mogę 30 razy stracić pracę. Albo Mężon. A jeśli... jeśli coś się nam odwidzi i nie będziemy chcieli już być razem?? A jeśli popełnię błąd? Sąsiedzi będą do kitu, na remont mieszkania nie starczy kasy, utopię kasę w czymś, czego za rok nie będę już chciała? I 29 następnych lat będę się męczyć?? I dlaczego tylko ja mam szukać tego mieszkania, ja wybierać bank i załatwiać kredyt , a potem nadzorować remont???
Straszne. Wizja apokaliptyczna. Mój optymizm zdycha gdzieś pod płotem...
Ciekawe, co się stanie gdy kliknę "opublikuj posta"?
Kiedyś to pomagało mi spojrzeć na wszystko "od zewnątrz"....

Komentarze

  1. Mam wspolny dom/kredyt z jeszcze mezem. Chyba najgorsza decyzja jaka kiedykolwiek podjelam. Nie zebym chciala odciagnac od pomyslu mieszkania, ja wtedy myslalam ze bedziemy do konca zycia, potoczylo sie inaczej... a teraz przez ta decyzje tylko bardziej sprawy sie skomplikowaly.

    Ale wiesz... czasami trzeba podjac ryzyko aby upewnic sie jak by to bylo. A noz bedzie good i decyzja ktora przyprawiala o bol glowy, bedzie decyzja jak najbardziej trafna.

    Ale nic na sile. Wiem i rozumiem jak trudno. Trzymam kciuki. BUziak:**

    OdpowiedzUsuń
  2. Limonko!! Aż się ciśnie na usta powiedzieć "no właśnie"... TO mnie przeraża... Przeraża mnie też, że to już nie tylko moje ryzyko, bo jest Jula..

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja powiem tak, bez skoku na gleboka wode niczego w zyciu nie da sie osiagnac.
    Decyzja trudna,bo masz tylko 2 wyjscia-TAK lub NIE, nie ma nic miedzy,wiec woz albo przewoz.,
    Jezeli zdecydujesz sie na wlasny dom traktuj to jako dlugoterminowa lokate-cos w rodzaju zabezpieczenia dla dziecka- to chyba ulatwia podejmowanie decyzji-takie matczyne myslenie...
    W razie rozwodu-odpukac w niemalowane-zawsze chate mozna sprzedac i podzielic kase na pol-tez jako tako zysk.
    W razie gdy maz znajdzie sobie inna-(wyplulam od razu,odpukalam w niemalowane),to mozna liczyc po cichu na wyrzuty sumienia i zostawi caly dom dla Ciebie i dziecka.
    Na swoim zawsze jest lepiej.Czujesz sie u siebie i decyzje podejmujesz jakos lzej...

    Nie wiem...Ja tam bym ryzykowala-a co sie szczypac. Zycie ucieka nam przez palce, siedziec w kacie i bac sie wszystkiego to tez nie zycie...
    Caluski Ella

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Ellu za miłe słowa. Doping zawsze pomaga :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zbieram dobre słowa ;)

Popularne posty z tego bloga

Ku pamięci ;-)

Ważne!

Dzisiaj moja córka zaczęła pisać swój pamiętnik.

Ziarno zostało zasiane...

Ale serio? Że już??

Przecież jeszcze niedawno nie umiała czytać ani pisać!!


Starzeję się...

Niewątpliwie.

Wkurw totalny.

Zwykle tak bywa, że...

Do pewnego momentu jest super, doskonała relacja, pełne zrozumienie, odczytywanie zachcianek, picie sobie z dzióbków i tak dalej...

Następnie przychodzi zgrzyt. I Misiaczkowi Dziubdziusiowi, Koteczkowi rosną rogi i pazury, kopytami zarysowuje parkiet, we wszystkim jest na "nie".

Zaczyna używać słów "Mogłaś to zrobić wczoraj", " Mogłaś mi przypomnieć", " Nie wiedziałem", "Nie mam na to czasu" i "Czym ty jesteś zmęczona???"

Nagle czujemy się odpowiedzialne za całe zlo tego świata łącznie z gradobiciem i plagą komarów.

I domową boginię wśród fajerwerków i donośnych efektów dźwiękowych szlag nagły trafia.

Oczywiście ten stan rzeczy nie trwa nigdy długo. Misiaczek piłuje szpony a Walkiria chowa uzbrojenie w zaciszu szafy...

Ale są takie dni...

Na szczęście mam na nie sposoby..
Dzisiaj taki:

A Wy? Jakie macie rady na chwilowy Armagedon? :-)

Niedoczas....

Czytałam niedawno artykuł.
O nowego rodzaju biedzie.
O ludziach, którzy cierpią na brak czasu. Za żadne pieniądze nie da się go kupić...

Mi się ostatnio wydaje, że spędzam moje życie w pracy. Albo do niej jadąc, albo z niej wracając. Nie macie tak czasami?
Czas, który odczuwam naprawdę, ten, kiedy jestem z moją rodziną, albo robię coś dla siebie jest na wagę złota. I znam tę wagę...

Wielkanoc była wspaniała. Tym razem Rodzice i Babcia przyjechali do mnie. Mialam ich wszystkich tak blisko i choć pojawiły się międzypokoleniowe zgrzyty, było dobrze...

Kiedyś nie doceniałam tego wspólnego czasu. Teraz kiedy pozostało nas tak mało... kolekcjonuję wszystkie momenty, zapisuję w myślach chwile. Na zapas.

Jeszcze dwa dni i uciekamy z K. Reset, zmiana otoczenia, potrzebuję tego bardzo.
Znowu z Rodzicami... :-)

Nie mogę się doczekać.

Dziękuję że zostawiacie słowa. Może tego bardzo nie widać, ale znowu mi się dzięki temu chce pisać. 😀
Udanego weekendu.
Słońca Wam i Sobie życzę!