Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z kwiecień, 2009

Odstresowujący paszkwil

Czyli opowieść z cyklu... "Niesamowite pomysły Szanownej Teściowej" ...

Chyba zauważyłyście, że się staram, co? Paszkwili nie było od listopada aż do teraz. Z mocą zarzuciłam cykl opowieści, byłam wyrozumiała, puszczałam głupie gadki mimo uszu, starałam się zaakceptować JĄ taką, jaka jest - no bo to w końcu babcia mojego dziecka, nie? Topór wojenny zakopałam, z braku miejsca za stodołą, w cichym kącie miejskiego parku... "Wyspokoiłam" się nawet niczym Weronika Książkiewicz w TVN i... co to dało? NIC! Wszystko na nic... Bo ileż można??

O co chodzi? A o cóż by, jeśli nie o windeczkę moją śliczną, wyczekaną i upragnioną, o którą już co niektórzy z naszej klatki wymieniają bluzgi z Panami robotnikami... Windeczkę umiłowaną, która wciąż ma ten jeden drobniusi felerek, że cholera nie jeździ... I cobyśmy się dobrze zrozumiały - nie zostałam wcale męczennicą w 9 miesiącu ciąży, która ów felerek zaakceptowała i dzielnie zamierza sturlać się najpierw do porodu, a później …

Entliczek pentliczek...

Kompletowanie wyprawki idzie nam całkiem sprawnie... W sobotę zebraliśmy się z Mężonkiem w sobie i pojechaliśmy najpierw na spacer do parku, żeby się trochę przewietrzyć, później uzupełniliśmy kalorie w królestwie smażonego kurczaka, na widok którego dostałam dziwnego ślinotoku... i na koniec zakotwiczyliśmy w magazynie pełnym zgromadzonych w nim akcesoriów dziecięcych.

Jako, że zakupy były poważne - materacyk, pościel i kocyk do łóżeczka, rożek, kosmetyki - konto mężona kwiknęło tylko cicho pod obciążeniem :D A potem mężon kwiknął kiedy okazało się, że może zakupy nie są jakieś bardzo ciężkie, ale za to wyjątkowo niewygodne do niesienia. Materacyk szczególnie. Za to co chwilę łapał uśmiechy kobitek - podryw "na tatusia", nawet nieświadomie idzie mu świetnie :D Ciekawe, co będzie jak wyjdzie z Małą na spacer z wózkiem :D

Został mi miesiąc do "godziny zero" - chyba pora spakować torbę do szpitala, bo już dwa razy mi się śniło, że rodzę i pakuję w pośpiechu rzeczy :D…

Domowo

Już od miesiąca jestem na zwolnieniu... Czas pędzi jak wariat, ani się obejrzę jak nadejdzie "godzina zero" ;)
Dzisiaj wyprałam trochę rzeczy mojej córci... niecała szuflada komody... same najmniejsze kaftaniki, śpioszki, body, pajace... 19 par mikroskopijnych skarpetek... osiem miniczapeczek... suszarka jest zapikowana do granic :D Ale ile słodyczy na niej wisi :D Już się nie mogę doczekać, kiedy Maleńka zacznie nosić te wszystkie cuda zwiezione przez Babcię...

Święta minęły szybko i jakoś tak... nieświątecznie... Pewnie dlatego, że zamiast dostosować się do warunków ciążowych uważałam, że "mogę wszystko" i w czwartek i piątek zrobiłam mały maraton w kuchni piekąc ciastka, tort, mazurek i babkę. Przecież to niedużo? Ale kostki spuchły mi masakrycznie i dostałam wyraźny sygnał od organizmu, że jak się nie uspokoję to mnie odwiozą do szpitala DUŻO wcześniej niż to sobie wyobrażałam... :/ Jak to jest, nasze prababki rodziły w ziemniakach, bądź innym zagonie warzywnym…

wielka-nocnie

Wszystkiego najjajeczniejszego!! :) Dziękuję wszystkim za życzenia, A Wam życzę, żeby Wasze święta były najwspanialsze najradośniejsze i najlepsze. :)

Powrót do rzeczywistości

Ten tydzień... To było coś niesamowitego :)
Dawno nie czułam się tak dobrze, tak spokojnie... tak bezpiecznie...
Mężon szedł do pracy, a my wstawałyśmy, robiłyśmy sobie pyszne śniadanko i omawiałyśmy plany na cały dzień :) I cieszyłyśmy się bliskością, o którą tak trudno.
Młoda dała się nam trochę we znaki, rozprasowując mój pęcherz jak naleśnik i ograniczając spacery do absolutnego minimum - ale i tak dałyśmy jakoś radę.

Szuflady komody pełne maleńkich dziecinnych ubranek i akcesoriów...
W oknach firanki... jakoś tak cieplej, przytulniej...
Tylko Jej już nie ma.

Znowu jest na odległość telefonicznych rozmów. Już nie da się przytulić. Śniadanie po wyjściu Mężonka znów smakuje tak jakoś...

Podobno ktoś, kto ma dzieci - już nigdy nie jest sam... Cóż, chyba nie do końca. Bo kiedy te dzieci znikają za horyzontem, żeby założyć własne rodziny...
Wiem, że i tak nie mam na co narzekać - przecież nie jesteśmy na dwóch różnych końcach świata - gdybym się uparła jeszcze dziś mogłabym odwiedzić…