Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2010

Tak na szybko bo ostatni dziś...

Siedzę w pracy.

Bywa.

Ale tak leniwie jest... Spokojnie... A na mnie przedsylwestrowe zakupy jeszcze czekają.... Że chciałabym stąd już natentychmiast!!!!

Ale nie.

Jeszcze trochę.

Święta były zajefajne.

Mimo że na śledzia w pociągu w tę i wewtę... Mimo, że z powrotem first class, to i tak współpasażerowie wywalali nam bagaż oknem. Na szczęście sanki od Mamuni się zmieściły :)))

A Jula ma 19 miesięcy. I potrafi ... wszystko :D I mówi do nas Mamussia i Tatuś :)))) I sama skarpetki zakłada!! :D nie ważne że spodem do góry! Dzisiaj rano jak Mężon szykował jej kaszkę i liczył wsypywane łyżki raz... dwa... ona dokończyła "ci... ćtely" :D:D:D zbaranieliśmy tak totalnie, ale ostatnio często się nam zdarza ;))) Jula - którą chcesz książeczkę? - INNĄ!! :D

I dzisiaj romantyszny wieszór będziemy robić. I w scrabble będziemy grać. I pić Martini. I jeść co się uda kupić... Może lody?? :D:D:D

Szczęścia Wam życzę. Niech ten 2011 będzie... LEPSZY.

No to roooozpęd...............

i lecimy.
Zapisaliśmy Julę do przedszkolakowa. Tzn żłobkowa chyba... Akademii Malucha w każdym razie :)) Pani właścicielka-opiekunka cudownie miła. Od razu miałam ochotę przyprowadzić moje dziecko :)) Oby Juli też się spodobała. Pierwsze spotkanie - 1 marca. Już się jednocześnie boję i cieszę...
Na święta jedziemy do mojej Mamy. 22 grudnia. Pociągiem. Już kupiłam bilety, żeby się nie rozmyślić :)) To na pewno będzie ciekawe doświadczenie. I zastanawiam się wciąż od nowa - czy Jula rozniesie pociąg? Czy może jednak pociąg przetrwa i dowiezie nas na miejsce? :))
I piekę ciasteczka. DUŻO. Braciszek z Połówką jadą autkiem dostawczym, więc będzie można Mamunię troszkę odciążyć w przygotowaniach i siebie również w taszczeniu bagaży.
Wciąż jestem w fazie organizacji wszystkiego. Pewnie w Wigilię padnę na twarz. W te kluski z makiem i inne kapuściane pierogi i z błogością zasnę :))
Matula kiepściutko z kręgami słupnymi... Ale przed szpitalem broni się rękami i nogami... Zobaczymy co w końcu …

Taka JA.

Coś o mnie. Bo może niektórzy jeszcze nie wiedzą.
Albo nie chcą wiedzieć.
Albo wydaje im się, że wiedzą...Może co nieco sprostuję.

Zazwyczaj więc jestem -
zrównoważonazabawnaempatycznacierpliwamiłauprzejmaAle często bywam -
cynicznazłośliwaupartaapodyktycznaimpulsywnanieznośnai nieobliczalna.Co prowadzi do tego, że można by było dodać tutaj jeszcze sporo innych mało sympatycznych cech.

Ogólnie zołza.

I to "często" zdarza mi się naprawdę CZĘSTO. Czasem nawet częściej niż zazwyczaj.
To moja forma obrony przed stresem. Przed trudnymi sytuacjami. I nie zamierzam nad tym "popracować". Taka jestem. I już.

Bańka mydlana

jest nietrwała i delikatna. Szybko pęka i zostaje po niej mokry ślad.

Takie właśnie ostatnio są moje marzenia. Pryskają jak mydlane bańki, pozostawiając mokre ślady na moich policzkach.

Właściciele mieszkania oczywiście nie zgodzili się na zaproponowaną przez nas kwotę. Mamy szansę najwyżej na 2-3 tysiące.

ALEEEEE....

Wczoraj był u nas doradca finansowy. Dzisiaj mamy dostać informacje jaki maksymalny kredyt możemy uzyskać.

Piłka ciągle w grze...

Aaaaa..............

Znalazłam mieszkanie. Piękne. Przestronne. Od razu chciałam w nim zamieszkać... Ciągle mam je przed oczami. Nawet widoki z okna.
 Ale możemy dać za nie tylko określoną kwotę (szitttt zdolność kredytowa, która zmienia się jak w kalejdoskopie)... A właściciele spodziewają się więcej. Do jutra mają się zastanowić nad naszą ofertą. Sprzedają to mieszkanie już półtora roku więc mam jakąś niewielką nadzieję...
Szlag....
Nic mi się nie chce. Deszcz pada. Zimno. Źle.

Drewniana...

Czuję się trochę jak Pinokio…
Bo trochę to takie oszukane… Miało być inaczej. W bajkach opisują miłość po grób, a nie ciężką harówę o utrzymanie związku.
Cóż, życie to nie bajka…
Ale nie poddaję się – bo przecież najgorszy jest ten siódmy rok, a potem ma być lepiej. I dzisiaj właśnie zaczynamy ten siódmy rok. (Od sześciu ze sobą mieszkamy) Raz było lepiej, raz gorzej. „Docieranie się” nie jest najprostszą sprawą. 
Wierzę, ze damy radę. Rozmawiamy, staramy się poświęcać sobie jak najwięcej czasu. 
Dziękuję, za wszystkie wasze komentarze. Z każdego wzięłam coś dla siebie. 
Biegniemy dzisiaj oglądać dwa mieszkania. Może jak mocno uwikłam się w to załatwianie kredytu, w remonty, urządzanie mieszkania, będzie mniej czasu na zastanawianie się i wymyślanie głupot. 
Nie ma książąt z bajki, nie ma idealnych związków. 
Naiwne dziewczynki nie powinny istnieć… Tą we mnie właśnie spakowałam i wywaliłam za drzwi. Choć sądziłam że już dawno odeszła – widocznie nie w tej sprawie…
Redukcja oczekiwań. Szeroki…

Kłopoty jeden za drugim...

Kłopot z mieszkaniem, to nic...

Długo się zbierałam, żeby wreszcie napisać ten post...
Nie wiem jak się do niego zabrać, a bardzo mi zależy na uporządkowaniu myśli...

W związku zdarzają się zakręty. Mniejsze i większe, czasem na takim wirażu można sobie wybić zęby, czasem wyjechać na nową, prostszą drogę, która prowadzi wygodnie... aż do następnego zakrętu... Czasami jednak skręt prowadzi nas na szlaban z końcem drogi i stromym urwiskiem tuż za nim.

Nie wiem, w którym miejscu jestem teraz. Zakręt ciągnie się i ciągnie. W dodatku po wertepach...

Drażnią mnie tłumaczenia problemu typu:"póki nie było Juli, było inaczej". Oczywiście, że było. Oczywiście, ze miałam dla niego więcej czasu, więcej sił wieczorem. Ale z tym należało się liczyć, gdy zapragnęliśmy dziecka. Bo przecież pragnęliśmy go obydwoje... Wracamy z pracy późno, ja wcześniej, Mężon jakąś godzinę - dwie później (18- 19). Jemy "obiadokolację", chwila oddechu, odgruzowywanie mieszkania, kąpanie Juli i każde…

Egzystencjalnie...

Zacznę może od tego, że nie jestem zwolenniczką nieoczekiwanych zmian. Żadnych. Nawet niespodzianki nie za bardzo mi leżą - no, może z wyjątkiem tych pod choinką... Wolę wiedzieć. Przygotować się. I wiem, że nie zawsze tak się da... I mimo to, strasznie przeżywam każdą narzuconą modyfikację mojego życia. Każdą niezależną ode mnie zmianę traktuję jak wroga, co wywołuje mega-stres. Do wyprowadzki dojrzałam sama. Do ślubu. Potem do powiększenia rodziny. 9 miesięcy docierało do mnie to, że będę mamą. Dotarło. A potem... Wszystko zaczęło gnać na łeb na szyję. Urlop macierzyński skończył się stanowczo za szybko. Musiałam wracać do pracy. Pierwsza niechciana zmiana, ale jakoś się z nią pogodziłam – przyjechała Mama, Juli było z nią dobrze... Mama coraz gorzej się czuła, zapadła decyzja o oddaniu Młodej do żłobka. Znalazłam żłobek, potrzebowałam tylko podwyżki w robocie, ale jak wiecie – wtrąciła się Teściowa. A mnie wyrzucili z pracy. Zmieniłam pracę – mam podpisać umowę na rok. Ale Teściowa …

Tak sobie myślę...

Myślę, że znowu zaczynam potrzebować uporządkowania. Ładu... W myślach, w uczuciach...

Podzielić się obawami, nawet czasami lękiem, o to co jest, albo czego niestety już nie ma...

Podzielić się radością z Juli.

Zaczynam znowu potrzebować mojego miejsca...

Miesiąc...

Szybko zleciało. Myślałam, że uda mi się wcześniej, ale nie.

Okres próbny w pracy już się kończy. Z sukcesem.

W domu Teściowa opiekuje się Młodą. Są tego dobre i złe strony...

Młoda biega.

Jestem totalnie rozbita i niepoukładana. Nie potrafię usiąść i opowiedzieć o tym, co się we mnie dzieje, a co dopiero napisać. A być może by mi to pomogło.

Przede mną kolejne zmiany. Stabilizacja wyjechała na BARDZO długie wakacje. Chcę wierzyć, że zdołam to jakoś ogarnąć.

A za oknem jesień.

z prędkością światła...

Cierpliwości... ;)

Jestem?

Na głowie kwietny ma wianek... ;)

Zdjęcia z badylkiem i motylkiem jeszcze nie mamy.
Wakacje nam się kończą... Zaraz będzie " i tyle je widzieli" - gdzieś tam tylko podniesie się kurz na drodze...

A u nas zmiany zmiany zmiany...

Pracę właściwie zmieniam... Bo płatny urlop jeszcze trwa przez sierpień i wrzesień, a ja już we wrześniu zaczynam coś nowego. Wyzwanie. Czy podołam - to się zobaczy, w każdym razie muszę spróbować.

Jula ma już pięć zębów. Kolejne już powoli rozpychają dziąsełka. Młoda szybko nadrabia braki ;)
I pierwsze kroczki też już postawione. Ona sama chyba jeszcze o tym nie wie :D bo bardzo pilnuje asekuracji, ale czasem jest coś bardziej ciekawego niż przytrzymująca ręka mamy i trzeba pójść odrobinę szybciej...

Dzisiaj głaskała mnie po głowie mówiąc: "moja mama... moja..." :D No skoro można tak z osiołkiem, to czemu nie z mamą. A ja się po prostu cichutko rozpływałam ze szczęścia...

Dogadujemy się całkiem nieźle. Niesamowicie mnie cieszą te dwa miesiąc…

Nokaut

Od jakiegoś czasu ze zdumieniem odkrywam, że moje życie toczy się w jakąś dziwna stronę.  Tak samo się toczy. I nie mam na to żadnego wpływu. Moja Mamunia ma niesprawną stopę. Najprawdopodobniej od dźwigania Juli. Jest w domu już drugi tydzień. Zastrzyki, rehabilitacja, póki co, nic nie pomaga. Ja przesiedziałam zeszły tydzień z Małą, wczoraj wróciłam do pracy. Mężon do jutra  siedzi w domu z Julą i Teściową, która miała się zająć Młodą "od już".  Pisałam Wam, że prosiłam o podwyżkę? Szeryf obiecał mi rzeczową rozmowę jak wrócę z tego niespodziewanego urlopu. Wczoraj ta rozmowa się odbyła. A właściwie nie rozmowa. Raczej krótkie oznajmienie - "Muszę Ci dać wypowiedzenie. To tyle." Zwolnił mnie. Ot tak, po prostu. Moje obowiązki przejęły dwie osoby. Stażystka, której płaci Urząd Pracy i facet który dostanie kasę ze środków unijnych. Po pięciu latach stałam się niepotrzebna.   Marzenia o własnym mieszkaniu znowu szlag trafił. Szukam nowej pracy. Próbuję poskładać CV. Czuję si…

Szczękościsk

Na przekór nowej szacie bloga...  Nie no źle, na przekór wszystkiemu temu co się teraz dzieje w moim  życiu - nowa szata bloga. Żeby było coś jasnego... Lekkiego... Wesołego? Znalazłam żłobek dla Juli. Pojechałam tam z moją teściową bo akurat lało. I! Moja Teściowa się nawróciła! A raczej Teść ją nawrócił, bo powiedział, że Jula jest za mała na żłobek i ona - jako babcia powinna się Małą zająć. I wiecie? Teściowa się zgodziła. Za skromną opłatą połowy czesnego za żłobek - czyli 450 zł. Masakra. Miałam łzy w oczach jak do mnie zadzwoniła z tą cudowną wiadomością. Łzy bezradności... Jula jak ja Ci kiedyś wytłumaczę, że jedna babcia została z Tobą za darmo, przyjeżdżała na długie tygodnie, 200 km od domu, kupowała Ci kaszki i soczki... A druga... Mieszkając w tym samym mieście... Nie wiem jeszcze co z podwyżką. I słońce mnie dobija... Ogólnie, gdyby nie Jula...
Bywam sobie u was - na poprawę nastroju. Ale nie zostawiam nic od siebie bo byłoby to takie jak tu.  Buziaki

Utopia

Bynajmniej, nie jest sielsko ani anielsko. Dogorywam spokojnie na etacie, czekając na obiecaną pół roku temu rozmowę o wyższym wynagrodzeniu. Na rozmowę o motywacji do pracy, której z dnia na dzień mam coraz mniej, na rozmowę o motywacji do życia, do robienia planów... Bez tego ani rusz, dni wloką się niemiłosiernie. Nie myślę, co dalej - z dnia na dzień budzę się, ubieram Julę, podrzucam do pokoju Mamuni i wymykam się z domu, żeby wrócić koło 17:00. I dwie godziny spędzić z moim dzieckiem, którego tak pragnęłam. Co tu jest nie tak?? Cieszę się każdą minutą bycia z nią, jednocześnie podświadomie marząc o chwili kiedy Młoda pójdzie spać, a ja wyląduję w wannie pełnej ciepłej wody... Przysypiając, wydrę z dnia kilka chwil dla siebie. W weekend staram się wszystko nadrobić, spokojnie znoszę Młodą przyklejoną do moich ramion, brzucha, nóg... Znoszę jej "buziaki", szczypanie, ciągnięcie za włosy... Znoszę pobudki nocne, których wciąż jest jeszcze kilka... I całe to "znoszenie&…

Jajecznie i z lekka jajcarsko...

U nas dobrze. Tylko mi Wena wzięła i zdechła. Robię sobie blogowy urlop - co zresztą chyba dość wyraźnie widać ;) U was jestem, ale nie komentuję, w sumie to nawet nie mam kiedy...
Nie wiem kiedy mi się znudzi urlopowanie od pisania. Póki co, nie tyko nie mam na nic czasu, ale też znudziło mi się samo pisanie. I to BARDZO. A ja nie lubię się do niczego zmuszać. W każdym bądź razie, wszystkim, którzy tu zaglądają - dziękuję za odwiedziny. I życzę zdrowych, wesołych, pogodnych, szczęśliwych, mazurkowych, jajecznych, kiełbaśnych, szynkowych, żurkowych, baziowych, żonkilowych, wiosennych, wyspacerowanych i pełnych rodzinnych spotkań Świąt Wielkanocnych. Bawcie się dobrze, wróćcie wspomnieniami do tych najszczęśliwszych świąt jakie przeżyliście i postarajcie się przywołać choć trochę tamtej atmosfery. I nie liczcie kalorii. Ja nie zamierzam ;) Buziaki ode mnie i od Juli :*

Tak sobie

Proza życia mnie dopadła. Dom - praca, praca - dom. W międzyczasie jakieś zakupy. Spać. Wstać kilka razy do Młodej. Wstać. Dom - praca, praca - dom. I tak w kółko. Na szczęście winda już działa. Mówiłam wam, że przez miesiąc nie działała? Jakieś porachunki między firmą windziarską a spółdzielnią mieszkaniową. Oczywiście najbardziej ucierpieli mieszkańcy, ale KOGO TO OBCHODZI...  Firma X tłumaczyła, że musi sprowadzić sterownik do windy "z zagranicy". A spółdzielnia jeszcze im nie zapłaciła za montaż, więc chcą żeby za naprawę zapłaciła. Spółdzielnia twierdziła, że nie ma żadnych zobowiązań finansowych wobec Firmy X, a ta nie dała wciąż gwarancji na windę w ramach której miała być zrobiona naprawa. Żarli się między sobą aż  furczało... AŻ ktoś z moich sąsiadów nie wytrzymał i zadzwonił do gazety. Pani redaktorka żywo się zainteresowała i przyszła popytać... Pewnie zadzwoniła też do spółdzielni i Firmy X. Kolejnego dnia winda działała. Nieciekawe miejsce z punktu widzenia miesz…

Bo tak właściwie...

Byłam przez tydzień na urlopie. Miałam nadrobić mnóstwo rzeczy. Miałam spać, czytać książki, zrobić porządek w domu...  Miałam nadrobić zaległości na blogach, miałam pisać nowe notki... Ale nic nie zrobiłam. Bo tak właściwie wolałam cały czas spędzać z małą, cudowną istotą... Która w zeszły poniedziałek po prostu podparła się rączkami i usiadła. I teraz nie sposób jej położyć bez naprawdę konkretnego powodu (butla) ;) Która swoim śmiechem nagradzała każdą chwilę spędzoną razem. Która tuliła się i obdarzała mnie mokrymi, obślinionymi buziakami...  Dobrze mi było...

9 miesięcy!

Heeelooooł, tu Jula :)!
Podbudowana waszymi komentarzami po ostatniej notce, postanowiłam do was wrócić :)) Korzystając z okazji, że Mama padła na kanapie... (Nie wiem o co jej chodzi, powiedziała że ją wykończyłam ;)) zasiadam, żeby wam napisać...

Wiecie? Mamusia mówi, że już jestem tyle samo poza brzuchem co w brzuchu. Nie za bardzo wiem o co kaman - może któreś z was mi wytłumaczy? Czy ktoś mnie kiedyś zjadł??
Bo że jedzonko trafia do brzuszka, to ja już dobrze wiem. I już świetnie się z moim brzuszkiem rozumiemy -on zaczyna burczeć, żebym mu tam coś wrzuciła, a ja podnoszę larum. Ach jak śmiesznie to wygląda kiedy Mamusia, Tatuś albo Babcia - na to larum biegną do kuchni i w sekundę starają się przygotować mi jedzonko :D:D Mamusia mówi, że z tą syreną zrobiłabym zawrotną karierę w straży pożarnej... Ale ja jeszcze nie wiem kim zostanę.

Wstawanie i pełzanie idzie mi coraz lepiej. Ostatnio usiadłam z leżenia plackiem. Ale starałam się, żeby nikt nie widział jak. :)) I pełzam póki co…

Kumpel Julki...

Pamiętacie Kumpla Mojej córki? Poznali się niedługo po pojawieniu się Julki na świecie... Dla tych, co nie widzieli przypominam TUTAJ

Od tego czasu trochę się zmieniło...

No choooodź Gościu, strzelimy sobie fotę...
Ustawiiimyyyy Cię ładnie...
O, tam jest taki malutki obiektyw, tam masz patrzeć, rozumiesz?

Ale bez przesady, to przede wszystkim mnie ma być widać w tym kadrze!!


Dobra, teraz ustawię aparat...

I.... TADAMMMM!!!!!

Z podziękowaniem za pomysł na tego typu komiks - dla Mamy Zuzika, która jest w takich montażach Mistrzynią ;)

Były w lesie raz igrzyska...

Konkurencja mało spektakularna. Aczkolwiek trudna, wymagająca koncentracji, siły, samozaparcia i nade wszystko - cierpliwości. Udział biorą: Zawodnik, Zawodniczka i Tłumoczek. Zadanie - Wyjąć wyjący Tłumoczek z łóżeczka, wyciszyć i odłożyć w taki sposób, by nie włączyć alarmu ponownie.  Do konkurencji należy się przygotować - Zawodnik stara się dostarczyć wszystkie utensylia do łazienki, nalewa ciepłej wody do wanny i przenosi się do kuchni z zamiarem zrobienia wieczornego posiłku. W tym czasie Zawodniczka wnosi dziecko do łazienki, kąpie je, wyciera, zakłada czystą pieluchę, piżamkę, przenosi do sypialni i okrywa kocykiem. Powstaje Tłumoczek. Tłumoczek dostaje wspomaganie w postaci witaminki D i kropelek nawilżających nosek, wciąga butlę kaszki "na dobry sen". Po kilkukrotnym odsłuchaniu Zawodniczki nieudolnie wykonującej kołysankę, przytulony do piersi, znudzony Tłumoczek przełącza się w stan uśpienia. Zawodniczka wychodzi obejrzeć seriale - czytaj nastawić się psychicznie na …

Podsumowanie

Dziś, tak dla odmiany czuję się jak Jon. Brzydko, staro, grubo... Chyba powinnam spuścić na to zasłonę milczenia. Bo do problemów Jona, u mnie dochodzą jeszcze gorączka, katar, masakryczny ból gardła, chroniczne przemęczenie... Dlatego nie piszę bo moje notki wyglądałyby - tak jak TA... W domu Mężon na urlopie bezpłatnym. Do pracy wraca w poniedziałek. Perspektywa na wypłatę ... (@#$%^^*@#!!!!) kiepska. Zębowo-nocna masakra trwa. Pojawiły się luźne kupki, ale wyczekiwanych siekaczy nie widać. Końca zimy też nie widać... Bleeeeee.... Idę kończyć rozliczenie ... Aczkolwiek serdecznie Was pozdrawiam ;)

Nic dodać nic ująć...

Może by tak to białe cholerstwo spakować i wysłać na Saharę??
NIC mi się nie chce przez tą piiiiiiiiiiiiii... zimę.

U Was oczywiście jestem. U siebie nie bardzo.

Bo zostałam przywalona papierzyskami. A na dodatek twardy dysk mi padł w komputrze w robocie... I Nie wszystko niestety miałam zapisane. Tak więc...

Do miłego ;)

8 miesięcy...

Halooo, tu Jula!
Taka jestem już duuuuuża :) I mądra! I siedzę sama. Nawet w śliskiej wannie. I topię kaczkę-termometr. I gumowego misia. I gumową książeczkę. :) I jestem całkiem niezłą czołgistką! Babcia ostatnio mówiła Mamie, że boi się mnie zostawić gdziekolwiek samą :D Cóż, coś czuję, że to dopiero początek moich możliwości... I gadam. Całkiem tak jak Oni gadam. Ale Oni jakoś głupio się uśmiechają, udając, że nie rozumieją. A Mama nawet prosi, żebym przestała gadać po marsjańsku a zaczęła po polsku. Co to jest "marsjańsku"? Przecież jak mówię daj - to trzeba dać. Niestety najczęściej nie rozumieją, kiedy chcę komórkę... Albo spróbować takiego czarnego parującego, co babcia ma w szklance... Chyba słownik im kupię czy cuś... Jak mówię weź mnie na ręce, to trzeba mnie wziąć, a nie wymyślać pokazywanie zabawek... Przecież ja ćwiczyć teraz muszę - nie widzą jak ja już pięknie podskakuję, stojąc na ich kolanach? Hopa hoooopaaa!!! I ani się nie obejrzą jak będę chodzić - tak jak o…

I cóż...

Od wczoraj się postarzałam. Fakt ów czcząc bezalkoholowo, aczkolwiek w niezwykle miłym towarzystwie Mężona, Mamuni i Braciszka z Połówką no i Młodej oczywiście. Czcząc pysznym obiadkiem i tortem - jak na te mrozy przystało - lodowym.
A potem poszłam spać i pierdyliard razy wstawałam do córki. I Mężon też. Ta noc nie należała do udanych. Pierwsza, urocza noc trzydziestojednoletnia... Zasypiam na stojąco i siedząco nie wspominając o leżąco. Zasypiam w łazience, przy porannej toalecie, w kuchni nad herbatą, w tramwaju, przy biurku, zaraz po porannej kawie. Jak niedźwiedź, świstak, borsuk, jeż, suseł... Jak żaba wkręcona w muł. Śpię... Dobijcie mnie...

Kawa, kawa i jeszcze raz KAWA...

Takkkk... Napisałam w poprzednim poście, że Jula śpi? No to ODWOŁUJĘ. Bo właśnie mija kolejny tydzień, od kiedy moje cudowne dziecko przestawiło sobie swój biologiczny zegar  na pobudkę o porze, o której zapewne smacznie śpicie. I ja też kiedyś spałam... W zeszłym tygodniu, regularnie była to 2:30. Radosny szczebiot z łóżeczka i my - ledwo żywi, próbujący jak najgłębiej upchnąć się pod kołdrą żeby tego cudownego dziecka NIE SŁYSZEĆ.  Ale NIE DA SIĘ. Bo radosny szczebiot przechodzi w jojczenie, następnie stękanie i...  płacz. Samo się dziecko nie uśpi niestety - mimo, że tłumaczę co noc - śpij Kochanie, jest noc, w nocy trzeba spać, pobawimy się rano... Dziś obudziła się na dobre o 4:15. O szóstej zasnęła a ja o 6:15 musiałam zwlec się z łóżka, żeby zacząć się szykować do pracy. Mężon i tak wstaje o 4:45, więc dużej różnicy mu to nie zrobiło... No ale -Masakra totalna!  Żeby jeszcze budziła się z racjonalnego (z naszego punktu widzenia) powodu - jeść, mokro... Ale nie, radosny szczebiot …

Weryfikacja

Wiecie, dziś znów wrócę jak zwykle do domu, gdzie będą na mnie czekać Mężon i Młoda, ale wieczorem powitam w progu moją Mamę :)  Urlop Mężona dziś się kończy, zwołują ich z powrotem, by trochę popracowali... Czas najwyższy, bo jego ostatnia pensja wołała o pomstę niekoniecznie nawet do nieba. Raczej do prezesa ;/ Ale co przeżył, to Jego.  Np wczorajsze pomstowanie na sąsiada - "bo mu się zachciało wiercić dokładnie wtedy kiedy ja wreszcie uśpiłem Królewnę - no SIWINIA no! ;)" Albo robienie z siebie głupa, żeby Młoda zjadła choć trochę więcej zupki (ostatnio się jej odmieniło - nasze żarcie - z radością - słoik - do kosza...). Mężon już nawet zawartość pieluch Młodej przyjmuje ze stoickim spokojem...  Ale największym hitem była dla mnie niedziela. Młoda z radosnym świergotem na ustach zerwała się o piątej rano, pożarła cycka i nastawiła się na nadawanie. Swoim tatatatatatata!!!! khhhhhhhh!! guagugigaaa!!!!! komentowała chyba moje wory z niewyspania pod oczami... W każdym bądź r…

Urlop ojcowski ;)

Witajcie w Nowym Roku.... Życzę wszystkim - by był lepszy niż poprzedni i choćby ten poprzedni był najwspanialszy - niech ten będzie jeszcze cudowniejszy :) Z racji, że Mężon ma przymusowy urlopik (sezonowość produkcji) - został sobie w domu z Julą. Radzą sobie wyśmienicie. Od świąt ćwiczyliśmy tatusiowe karmienie, przewijanie, przebierane, usypianie i... Dziecko zadowolone z "Opiekunka" ;) Przeżyli już nawet "akcję kupa" - Młoda ma trochę problemów z regularnością, po czym następuje "mega-wielkie pozbywanie się zawartości kiszek" cóż, nawet na mnie robi to czasem wrażenie, to jak ma reagować on - laik? :D  Mężon przy Małej zrobił się taki... uważny, pełen pomysłów, szybko reaguje na każde jej kwęknięcie - czego wcześniej nie zaobserwowałam ;) I chyba pewniejszy siebie się zrobił też :)) Bo on już WIE - jak to się robi... Szkoda, że wcześniej nie chciał się nauczyć ;) W niedzielę wraca Mamunia, ale Mężon jest już przekonany do zrobienia sobie powtórki z roz…