Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z wrzesień, 2008

Dzień kolejny

Czujemy się świetnie. Nawet lubię być w "dwupaku"... :) Wprawdzie dzidzia chyba się ubezpiecza na jakieś gorsze czasy, bo sukcesywnie powiększa magazyn w mleczarni, co jest ciut niewygodne i ciut bolesne, ale da się przeżyć. Wolę już to, niż pogoń za pawiem :/

Sobota przepiękna. Poranek wyspany, rozpoczęty z Mężonkiem słodziutko i przytulaśnie. Potem wyprawa na "kopiec kreta" ;). Niesamowite kilka godzin, które spędziliśmy sobie razem na spacerze do kopca Kościuszki. Troszkę się bałam zmęczenia, ale okazało się, ze nie taki kopiec wysoki jak go malują. Wdrapaliśmy się, zrobiliśmy trochę fotek, bo widok nieziemski... Potem w kawiarni "Pod kopcem" pożarliśmy przepyszne lody... Dawno nam nie wyszła taka fajna randka :) Powrót do domu zakończony zakupami, obiadkiem, słodkim lenistwem.. :) I oglądactwem nowego tvn-owskiego pomysłu pt "Mam talent". Ciekawe jaki talent objawi dzidzia?

Niedziela przeleniuchowana.

A dziś rozmowa z szefem... Który przyjął…

Relacja.

No już jużżżżż :)))

Nie poganiajta mnie tak, bo się zasapię, co może nie być wskazane... Boszzz czy dla mnie w ogóle coś jest wskazane oprócz - "dużo odpoczywaj i się nie denerwuj"? Bo jakoś tak chyba nie :/

Nie chciało mi się jeszcze wstawać - tak nam się fajnie z moim cudem dzisiaj rano leżakowało...

Bo jest cud, wiecie? :)

Pogalopowaliśmy wczoraj z Mężonem do doktorka poleconego przez Eunice. Co ja bym bez niej zrobiła?? niby mieszkam tu pięć lat, a zielonaaaa jestem jak szczypiorek na wiosnę w sprawach lekarzowych :/ Chyba bym musiała się udać do Teściowej po poradę, co niekoniecznie mądre by było... Dzięki Eunice, że uratowałaś mnie od porad Teściowej :D

Galopowaliśmy trochę za szybko i byliśmy ciut za wcześnie (jakąś godzinkę hehe) - wystarczająco wcześnie, żeby pójść sobie na spacerek po salwatorskich uliczkach. Boszzz jak tam jest pięknie... A mi się wziął i rozładował aparat :// Złośliwa bestia no. Ale wrócę tam może w sobotę, to pstryknę co nieco i wam pokażę :)

A…

Mój dzień powszedni...

I znowu poniedziałek...

I znowu pobudka o 6:30.
I znowu zimno za oknem.
I znowu pada deszcz...
I znowu korek w drodze do pracy.
I znowu zimne biuro.
I znowu 8 godzin do odbębnienia....

I znowu maruda przy klawiaturze :/ ;)

Jak na razie mamy się dobrze. We środę wizyta u doktorka, ciekawe co nowego powie...
Teściowie przeszczęśliwi, moi rodzice próbują przełknąć informację, że zostaną dziadkami.

W weekend sprzątanko, pranko i odpoczywanko.
I film w Multikinie z Braciszkiem i jego Połówką. "Nie zadzieraj z fryzjerem" :D

I coraz częściej myślę o urlopie... Bo tylko bym spała i spała i spała....

Fasolka

Od zapeszania chroń mnie Panie, ale nadmiarem szczęścia muszę się podzielić, bo inaczej się rozpuknę :) No MUSZĘ Wam powiedzieć koniecznie ;))

Kołaczą mną sprzeczne emocje. Od dzikiej euforii, poprzez niedowierzanie, że "to już!!", po strach, czy wszytko będzie dobrze... Ale przeważa szczęście.

Objawy szczęścia są następujące: pychol mi się jarzy jak 3/4 galaktyki, potroiłam dzienne wycieczki do WC, wciąż dopada mnie wielki Głodek :/ ,mam ciągłe objawy nadchodzącej @, która nie nadchodzi... i bardzo trzęsące się łapy, od wczoraj, kiedy trzymałam w nich plastikowe ustrojstwo, w którym magicznym sposobem pojawiły się DWIE różowe kreski ;)

Wszystkie problemy skurczyły się do rozmiaru mniejszego niż ta kruszynka, która się we mnie rozgościła... Przynajmniej na razie :)

Mężon cały w skowronkach, moja Mamunia lekko przerażona ale też się cieszy. Tatunia zatkało :D Dziś idziemy pochwalić się teściom :D

No to Buziaki Kobiełki!
Trzymajcie kciuki :)

PS
A Ciocia Cukiereczek niech ni…

Obrzydliwa pogoda

I co tu dużo gadać. Deszcz. Paskudztwo. Obrzydlistwo. Fuuujjjj!!!! Wstrętne i okropne. I nogawki mam mokre. I nos jak labrador :/ I wcale nie mam ochoty się przestawiać na tryb jesienny!! I zimno. I nie zmieściłam się dzisiaj w mój jesienny płaszczyk, bo tak gruby sweter założyłam... A i tak zimno.
Mężon mi się przez ten głupi deszcz przeziębił... Cały tramwaj kicha zgodnym rykiem co pięć minut... "złota polska jesień" - cholera. Idę sobie Was poczytać na osłodę. Z malinową herbatką.

Wielkie plany na przyszłość.

Miałyście kiedyś taki czas, kiedy było wam po prostu dobrze, tak dobrze, że można było zarzucić myśli jak sieć daleko... I wierzyć, że tą siecią da się wyciągnąć spełnione marzenia...? Czas, w którym robiłyście wielkie, życiowe plany na "za rok", na "za pięć lat", na "kiedyś"? I wydawało się wam, że te plany są właściwie całkowicie realne. Wystarczy zabrać się do tego już, by kiedyś osiągnąć efekt... A potem, nagle... Ni z tego ni z owego... Trrrach. Koniec. Trzeba wszystko zmieniać o 180 stopni, pójść w lewo zamiast w prawo - a nawet cofnąć się, czego nikt nie lubi... I taka wściekłość się pojawia - "bo miało być inaczej!!!"...
Miałam tak. Kilka razy pozwoliłam Temu - tam wyżej - głośno porechotać. Bo mogłam szczegółowo i realnie planować, mogłam wyliczać ile mi zajmie dotarcie do celu, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. Mogłam z determinacją dążyć do usunięcia wszystkich przeszkód... A On i tak - nieraz pod sam koniec starań rzucał pod nog…

Poweekendowo

Wróciłam z weekendowych wojaży, wróciłam do pracy i do waszych blogów. Zresztą chyba mnie tam widać ;) Ale jeszcze chyba nie do końca wróciłam do siebie ...

Weekendy z rodzicami i dziadkami są cudowne... Tylko ta tęsknota po wyjeździe... Chciałabym mieć ich blisko... Ale się nie da... :/

Blogiem życie podszyte...

No cóż, uwaga.

Wkopana przez DWIE NA RAZ kobiełki, chcąc nie chcąc, będę się wywnętrzać. ;)
Eunice i Cytryno wszystko przez was!! :) Ale dzięki, że jesteście, bo moja pisanina dzięki wam nabrała dla mnie sensu. (Co nie jest równoznaczne z tym, że nabrała sensu dla czytających of korss ;))

Tak dla małego wyjaśnienia, dla osób, które weszły przez Cytrynę - jestem polonistką przeniesioną do rezerwy ;) Ale pisałam kiedyś dużo i często. I czytałam - (właściwie to wciąż coś czytam) co zawiodło mnie w końcu w bramy mojej Alma Mater... Niestety, jak to już opowiedziałam w przedostatnim poście, nie było mi dane "cudzych dzieci uczyć" (chyba, że liczyć praktyki) i - wylądowałam tu, gdzie jestem.

Z tym moim pisaniem było różnie, ale jeszcze przez studia popełniałam wiersze i opowiadania, pisałam coś w rodzaju dziennika... Kompletnie odwiódł mnie od tego mój Pan promotor, pastwiąc się nad moją pracą magisterską, która jak nazwa wskazuje - miała być MOJĄ pracą, nie jego. Cóż. Odłożyła…

Wrzesień

Oznajmiam, że moje narzekanie na tramwaj na początku lipca było bezpodstawne...
W porównaniu z tym, co dzieje się teraz... Wtedy było baaardzo luźno...

I już nawet nie chodzi o mnie, dobra, wcisnęłam się przecież jakoś między Panią dociśniętą do szyby, Pana z dwoma walizami, rurę do trzymania i chłopaczka z wielkim plecakiem... Chodzi mi właśnie o tych chłopaczków i dziewuszki z wielkimi plecakami ledwo zipiących i tratowanych przez pół godziny przez współpasażerów...

Mieszkam na wielkim osiedlu. Widziałam tam przynajmniej ze dwie szkoły. Czy na serio nie można tych dzieci posłać gdzieś bliżej (o podstawówkę-gimnazjum mi chodzi)? Czy faktycznie są aż takie różnice poziomów w szkołach, że trzeba wybierać, albo blisko domu albo wysoki poziom nauczania?? Nie rozumiem tego trochę. Ja bym nie chciała żeby moje dziecko kisiło się przez pół godziny w zatłoczonym do maximum tramwaju tylko po to, żebym mogła powiedzieć, że kształcę je w centrum, w renomowanej szkole "XY". Nie wiem, j…

Jak o mały figiel nie zostałam nauczycielką ;)

I pomyśleć tylko... Że mogłam dzisiaj stać w szeregach belferskiego składu, w którejś mniejszej lub większej szkółce... Patrząc, jak młodzież - cokolwiek by nie mówiła poza budynkiem szkoły - radośnie wita kolegów/koleżanki z klasy i obmyśla chytry plan: jak w tym roku dobrać się do nauczycieli... (Albo MY albo ONI ;)) ...

Mogłam siedzieć z nosem w papierach, obmyślając tematy lekcji, przygotowując listę lektur, plan powtórek, konspekty... Uzupełniać dziennik nazwiskami... Mogłam przez dziewięć miesięcy w roku żyć rozkrzyczanymi przerwami - od dzwonka do dzwonka. Moimi problemami mogły być problemy gimnazjalistów i przerażonych dorosłością maturzystów. Mogłam taszczyć co dzień kilogramy klasówek i zeszytów do sprawdzenia, organizować "kółko ortograficzne" może literackie... Brać udział w tworzeniu szkolnej gazetki i szlifować talenty na akademie...

Mogłam z uśmiechem czytać pierwsze wiersze "świetnie zapowiadających się poetek i poetów", podtykać co ciekawsze lektu…