Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2011

Podsumowując -

- to nie był łatwy rok.
Szczególnie na początku - kiedy próbowaliśmy przekonać Julę do przedszkola i na końcu, kiedy wpadliśmy w wir załatwiania kredytu na mieszkanie. Ale udało się. Mamy własne (no dobra, banku) 4 ściany, nikt nie będzie się na nas darł jak zrobimy w nich dziurę, żeby powiesić obrazek ;) 
Jula przyzwyczaiła się do przedszkola, chodzi tam chętnie, lubi "ciocie". Owszem, dużo czasu spędziłyśmy na przeganianiu złośliwych bakcyli, ale mam nadzieję, że z biegiem czasu będzie lepiej.

W Firmie jest OK. Nie samym chlebem żyje człowiek. Póki lubię to, co robię, póki ludzie z którymi pracuję śmieją się ze mną, pomagają bezinteresownie, póki nie ma wyścigu szczurów, szklanych sufitów, mobbingu i klik, które szemrzą po kątach i obrabiają d... jest dobrze. Rozczarowanie finansowe było - bo do dobrego człowiek bardzo szybko się przyzwyczaja. Na szczęście moja Firma ma więcej plusów niż tylko duże premie :))) A prawdopodobnie niedługo zacznę w tym samym miejscu współpracować…

W moim magicznym domu...

Mężon wierzy w czary domowe. I dobrze mu z tym. Wcale nie zamierza kwestionować ich istnienia.
Bo kiedy obiad robi się SAM,a potem grzecznie ląduje w lodówce, wystarczy go tylko podgrzać dnia następnego - to po co się zastanawiać JAK TO MOŻLIWE??
I garnki ZAWSZE chowają się SAME do szafki. Po zmywaniu wystarczy je ustawić w malowniczą górę na kuchence. A potem znikają. I worki na śmieci SAME się ładują do kosza, jak tylko jest pusty. Nikt przecież nie wie gdzie leżą, a w koszu zawsze się pojawiają na czas...
Albo taka kostka w toalecie. NIGDY się nie kończy. To na pewno czary!! I papier toaletowy jeśli go się położy wystarczająco blisko wieszaka - NA PEWNO w końcu SAM się powiesi.A pralka SAMA segreguje i wciąga brudne rzeczy, pierze je, później wyrzuca, a one  SAME się wieszają. A gdy już są suche - składają w kosteczkę i chowają do szafek.
Julia ma natomiast czarodziejską komodę na ubrania i półkę na książki, na których wszystko SAMO się układa. Nawet nie trzeba myśleć o tym, że trzeba…

Poświąteczne podsumowanie by ME

No świąt wszech-czasów to w tym roku nie było. Mam wrażenie, że rodzinka mojego Mężona spłyciła je tak totalnie, że aż boli. :/ Ale i tak się przejadłam ;)
U mnie w domu jest inaczej - obowiązkowe sianko POD obrusem (a nie na talerzyku, na stole żeby czasem nie zaśmiecić podłogi), obowiązkowe fury świątecznego papieru na prezentach (ja wiem, że to może nieekologiczne, ale zaglądanie "pokaż kotku, co masz w środku" sprawia dzieciom TYLE radości) (a tu - od razu było widać że pod choinką stoi heloł kitty (:/) kuchnia różowa niczym jakiś wielki, plastikowy kataklizm...). I na przystawkę jest śledzik (a nie kluski z makiem (kto po czymś takim zjadłby coś jeszcze???)), potem czerwony barszczyk z uszkami, potem karp, pierogi, sałatki... i gdzieś pod koniec kutia albo kluski z makiem - wszystkiego po troszkę - długo, długo w noc, (a nie wszystko na hurra, galopem, już, teraz, natychmiast - karp i łosoś... i potem zaraz po białym barszczu wszyscy stękali, że już nic nie mogą, więc na…

Poświąteczne rozleniwienie by Jim Davis

I już PO.

Nawet przeżyłam, choć ciężko było.
A w pracy niestety finansowe rozczarowanie... Cóż. Bywa.
Jestem ciut jeszcze ociężała po tym obżarstwie więc excuze mła, jeszcze ten jeden dzień ;)
Obiecuję się zmobilizować - od jutra ;)
A Julinda wciąż kaszle....

Tadaammm

Bo to już jutro!

Wam życzę spokoju, cudownej atmosfery, wszelkiego smacznego i wszystkiego świątecznego. Bawcie się dobrze, odpocznijcie od codzienności, nie przejedzcie się tak jak ja zamierzam ;)




Sobie życzę - byle do wtorku. :)

PS
Uwielbiam tą piosenkę i te ich "natchnione twarze" :D

Prawie na finiszu...

niestety praca w kuchni też ma swój koniec. Wymyśliłam tony ciastek, mając nadzieję, że zajmę się tym, zakręcę i nie będę musiała myśleć. Niestety na dziś zostało mi tylko umaczanie w polewie kokosanek i przełożenie Warszawianek kremem. A krem "karpatka" ma kupić Mężon jak będzie wracał z pracy.
Jula śpi. Wchodziłam do niej kilka razy, bo mimo klejących się powiek, nie mogła się ułożyć w łóżeczku. Pić, pogłaskać, psitulić... W końcu prosi - źdejm mi tą baletnicę. ??Baletnicę?? Jaką baletnicę Córciu? - Tom mojom - pokazuje na siebie. Cóż, moje dziecko nie jest fanką sukienek, nawet tych mięciutkich i superwygodnych ;)
Za oknem śnieg. Moje piękne białe pola, mój widok, z mojego okna. Powinnam się cieszyć - w końcu pierwsze święta "na swoim"... Ale nie mogę. Cholernie się starałam, wyszukałam w internecie zestaw świątecznych piosenek, wysprzątałam i wystroiłam świątecznie mieszkanie, kupiłam prezenty, zrobiłam śledzie, upiekłam ciastka... wszystko by było jak TAM. Ale …

Przedświątecznie

Jakieś 2/3 roboty za mną. Zamieniłam rogaliki z orzechami na rogaliki z piwem, bo za dużo orzechów w tym moim menu się znalazło :) 
Jula dzielnie pomagała, układała ciasteczka na blasze, wycinała, posypywała cukrem pudrem - ogólnie miałyśmy dziką radochę :)) ( a potem trzeba było sprzątać kuchnię do późnych godzin nocnych, ale co tam :)) Ciastka ogólnie się udały - jeden z przepisów był jakiś lipny, bo nakazywał wykładanie ciastek łyżką, a ciasto było tak gęste, że nadawało się do wałkowania :)) Ale i z tym sobie poradziłam. 
Boję się tylko rolady, biszkopty mają to do siebie, że czasem pękają jak próbuje się je rolować... Ale zobaczymy - jutro.
Moje drogie dziecko tak mnie podsumowało o poranku: - Zalóz coś na siebie psecies nie będzies tak chodzić!! - następnie wygoniła mnie z wyrka  (przysięgam, że śpię w przyzwoitej koszuli :))).
Cóż - pora do kuchni - miłego dnia!

Domowo...

Chorujemy dalej. Znaczy Jula. A ja siedzę na zwolnieniu :/ Ominęły nas Jasełka i firmowa wigilia. Za to mamy mnóstwo czasu na pieczenie ciastek. Wczoraj machnęłyśmy kokosanki, trzeba je jeszcze tylko oblać czekoladą. Dzisiaj będziemy piec kruche Warszawianki, które posmaruję kremem w piątek. A w tzw "międzyczasie" rogaliki orzechowe, czekoladowe "Brązowe" ciasteczka, kruche z czekoladowymi kropelkami i kruche z czekoladowym kremem... I jeszcze "Orzechowiec" i Roladę z wiśniówką :)))
Komu leci ślinka?
A i jeszcze... Przyznaję się bez bicia - kocham piec ciastka, ciasteczka i wszelkie inne słodkości  ;) a święta to cudowny czas kiedy mogę sobie "pofolgować" w tym moim "hobby" :D

Plan wykonany... :)

Najpierw pierniki - całe sterty. Powiem Wam, ze skórka z jabłka wrzucona do puszki z bazaltowymi piernikami czyni prawdziwe cuda - miękną!!! Jula była bardzo pomocna, tak pomocna, że cały uniform jaki miała na sobie przy "pracach plastycznych" wylądował w pralce :))
A potem - choinka:
 Trzeba się było nadreptać, żeby znaleźć odpowiednie miejsce dla świecidełek...
Gałązki uparcie zrzucały ozdoby - złośliwe jakieś....
Ale w końcu się udało - piękna prawda??? :) 
A jak tam u was? Też już świątecznie?

Plan.

Julinda nie przejawia żadnych objawów chorobowych. Czego się w sumie spodziewałam, ale poczekajmy jeszcze... 

Z dekorowania ciastek nic nie wyszło. Kilka telefonów z powodu męczącej pomyłki bankowej (wciąż jeszcze nie przelano środków Pani Sprzedającej za nasze mieszkanie) zupełnie wybiło mnie z równowagi. Mężon wrócił z pracy, obiad, chwila dyskusji, załagodzenie złego humoru Julii i już był czas na kąpiel.

Tak więc dziś -
zakupy
malowanie pierników
ubieranie choinki

(+ pranie sprzątanie i obiad oczywiście ;)

I to by było na tyle jeśli chodzi o zdrowie...

Wczoraj telefon  - "akuku Kasia" - i w gardle urosła mi kłująca gula... "Bo wie Pani, Julcia to chyba jest chora - jest taka cieplutka, marudna, ciągle tylko by się przytulała i... przed chwilą zasnęła.
No to posprzątałam swoje zabawki na biurku, dokończyłam świąteczną wysyłkę i poczłapałam po Julę.  Wcale nie myśląc o własnej głowie pękającej z powodu zapchanych zatok...
Wieczorem Młoda nie wykazywała żadnych objawów chorobowych, zaczęłam nawet podejrzewać Panie przedszkolanki o sabotaż... Ale w nocy się zaczęło. Kaszel, gorączka ...
Dzisiaj  - wygrałam w audiotele przychodniowym wizytę u Pani doktor na 10:40. Ciekawe co wymyśli. Sama od wczoraj popijam Thera coś tam. Oby pomogło.
To tyle na tą chwilę ;)


Deko później. 
Pani doktorzyca była tym razem bardzo miła - ach te święta - nawet w przychodni mówią po ludzku ;) Póki co nie ma tragedii. Julinda jest zwyczajnie przeziębiona - stąd rozdrażnienie. Ma dużo pić, siedzieć w ciepełku i psikać gardło Tantum V. Mamy też syropek …

Z pewną dozą nieśmiałości...

...moje dziecko odebrało po raz pierwszy samodzielnie swój prezent od Świętego Mikołaja... A 20 grudnia wystąpi w Jasełkach!
Nie mam w swoim albumie takich zdjęć. Nie chodziłam do żłobka ani do przedszkola, "załapałam się" dopiero na zerówkę - i koszmarnie przez ten rok wynudziłam, bo Mamunia nauczyła mnie czytać i pisać już wcześniej.
Byłam tzw. "zdechlakiem" i to, ze Mama była ze mną w domu zaoszczędziło mi sporo wizyt w przychodni. (oczywiście odbiłam sobie to później, chorując w szkole ;)
Jula cudownie się rozwija. Czasem daje popalić stawiając na swoim w najdziwniejszych momentach (łaaaa nie wejdzie na krawężnik, nie pójdzie, nie chce łaaaaa!!!!!) ale poza tym jest przekochana. Gada jak nakręcona - ostatnio jest Konduktolem z ginopociągu :)) Taka bajka jest - na minimini - z dinozaurami ;) Poza tym - ogólnie kocha wszelkie pociągi, ciągle gdzieś coś przewozi wagonikami z klocków... Ale ukochaną zabawką jest... zestaw materiałowych chustek. Potrafi je rozkładać po …

Totalny bezczas

Jaki dziś dzień???


praca dom dom praca


kredyt dostaliśmy!!!! Na początku grudnia miecz Damoklesa zawiśnie tuż tuż nad naszymi głowami.
Więc do roboty robaczkiii... W imię wydłużania wieku emerytalnego... Aż mnie skręca z radości że dostanę 505 zł zamiast 495 ;))

Jula wygląda na zdrową. Dzielnie codziennie drepcze do placówki OW :/
Ja się zdrowa bynajmniej nie czuję, ale całkiem nieźle zdrową udaję. Mężon podobnie.

Teściowa mnie wczoraj.... uchh lepiej nie będę o tym pisać.

I się kręci.

...

- uuuchh jakie ma Pani brzydkie migdały!!
- dziękuję Pani doktor ;)

- cóż, mówię co widzę :)

- no domyślam się.
- i mam dla Pani złą wiadomość - Pani dziecko te migdały po Pani odziedziczyło.

- no cóż gdybym wiedziała jak - zmieniłabym coś w procesie produkcji ;)
- ta, też bym chciała wiedzieć JAK ;)

dyżur w przychodni. 11 listopada. BARDZO fajna lekarka.

Dostałyśmy z Julą Augmentin - ona w zawiesinie, ja w tabletach - dawka końska.

Do niej przyjechała moja mama, ja od dziś z powrotem w firmie.
Cóż, życie...

Zmiany, zmiany, galopujące zmiany...

Nie lubię. Bo żołądek mi skacze, bo łeb pęka, bo trzeba wywracać wszystko na lewą stronę i układać całkiem inaczej niż było...
Kiedyś kochałam tą nieprzewidywalność, brak stabilizacji, przemijalność... Odkąd jest Jula - tak jakoś wszystko mniej. Kocham :/ (Za to JĄ coraz bardziej ;)) Podpisaliśmy w piątek umowę przedwstępną. Teraz czekamy na papierzyska do wypełnienia od naszego doradcy, a potem ziuuuuu - kredyt, notariusz, przemeldowywanie, przepisywanie prze... wszystko inne.
A ja się chyba się starzeję się :/ Bo już bym chciała żeby było PO.

Za to w sobotę poszłyśmy z Julindą na spacer obejrzeć przyległe włości. Żeby się utwierdzić w przekonaniu, że TAK, WŁAŚNIE TU chcemy zostać... I wróciłyśmy ubłocone po pachy. I szczęśliwe.

Bo około 200 metrów od naszego bloku jest TAK:


I niech mnie ktoś przekona że to nie jest FAJNE :)))

Nerwowo ciut.

Jutro się dowiem  wszystkiego - wóz albo przewóz. Przewóz - na inne wynajmowane, albo wozić się będziemy przez hu hu... z kredytem na plecach.
Masakra.
Czy nie mogła ta kobieta dać nam trochę czasu na podjęcie kroków żeby kupić to cholerne M? Nie wiem co ona sobie myślała - że z malutkim dzieckiem w wynajmowanym mieszkaniu to się śpi na pieniądzach? Po prostu musieliśmy podjąć decyzję: "Kupujecie państwo, albo ja to mieszkanie w ciągu miesiąca sprzedam " (czytaj - albo się wynoście).
Cóż. Nikt nie mówił że będzie lekko. Czy ktoś może potrzymać za nas jakieś kciuki????
HEEELP!

drobne nieporozumienie

ŻÓŁTY DOMEK:
:)

Cholera mnie bierze

Bo "żółty domek" ma być nasz!!

Skoro tak dobrze się czujemy tu gdzie jesteśmy, to po co to zmieniać?

Lawina ruszyła - jeszcze tylko kilka oddechów i przywalą mnie raty monstrualnego kredytu. :/

I co potem?

Żołądek jak zwykle w okolicy gardła.

Czemu w tym "cudownym" kraju trzeba aż tyle zapłacić za kawałek swojego miejsca na ziemi???

A poza tym deszcz leje.

Domek

Jula przychodzi do mnie z marsem na czole. Widzę, że intensywnie nad czymś się zastanawia.

- Naś domek jest żiólty. - Zaczyna.

- Tak kochanie, nasz blok jest żółty.

- A jaki jest domek Zośi?

- hm (staram się odwrócić kota ogonem) - a może jutro w przedszkolu ją o to zapytasz?

- Dobzie. - i poszła do swoich zajęć.

Chyba zaczynamy wchodzić na etap przyjaźni, bo Zosia pojawia się w naszych rozmowach coraz częściej ;)

Wyspa Dzieci

Z Cyklu "Wieczorne kołysanki dla najmłodszych"

Wieczorem usypiamy się bardzo tradycyjnie - Jula wybiera dwie książeczki, które czytamy bądź opowiadamy sobie co jest na obrazku, następnie Młoda gasi lampkę  i zaczyna się ...Zaśpiewaj mi Mamo o...

Początkowo były to znane jej kołysanki - o Wojtusiu i iskierce z popielnika, O królu, paziu i królewnie, O kotkach, O gwiazdce z nieba.

Ale już jakiś czas temu zaczęła mnie męczyć - zaśpiewaj mi o "pac pac" ??? Ki czort?? Próbowałam się dowiedzieć kto i kiedy śpiewał jej taką piosenkę, żeby wreszcie spełnić żądanie córki, ale - bez skutku. Wpadłam więc na pomysł i śpiewam "Wyspę dzieci" 2+1.

Pamiętacie to może?

:))

Wczoraj po "pac pac" przyszła kolej na "kaćkę" - "Nad rzeczką opodal krzaczka ..." (łatwiiiizna ;)) "Ksiezic" - "Księżyc raz odwiedził staw..." (phi!)

I coś czym mnie moja córka znokautowała...

A telaz telaz zaśpiewaj mi oooo... (chwila namysłu) ZASŁONKA…

i jeszcze "coś na uśmiech" :))))

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

A tak już było pięknie.

Nie mogła ta polska złota jesień potrwać jeszcze trochę? Jestem totalnie nieprzyzwyczajona do tych "obfitych opadów atmosferycznych" grrrrr.

Jula już drugi tydzień w domu. Najpierw Augmentin, potem po wizycie u laryngologa (pediatra: a może to wina migdałków? Pani pójdzie, sprawdzi.) (płatnej oczywiście, bo normalnie na wizytę "się czeka proszę Pani" :/ - Sumamed. 

Ale laryngolog ... poszłabym do niego chętnie ze swoimi migdałkami  :D:D ciacho...

Mam Mamunię w domu. jessu... Chciałabym tak zawsze :) Czemu się to docenia dopiero wtedy, kiedy zazwyczaj Mamunia jest o 200 km za daleko?

Z Mężonem po japońsku - jako-tako. Raz lepiej, raz gorzej. Wraz z jesienią nadeszły fronty wzajemnych pretensji i chmury fochów. Foszymy się statystycznie co dwa dni. Ciekawe co będzie dalej. Za tydzień 6 rocznica. Możliwe, ze akurat wtedy wypadnie wyż emocjonalny. Zobaczymy.

Poza tym... no naprawdę nie ma o czym pisać ;)

Bo wczoraj ... nie było, nie.

Taką wodą być,
Co otuli Ciebie całą, ogrzeje ciało,
Zmyje resztki parszywego dnia,
I uspokoi każdy nerw, zabawnie pomarszczy dłonie,
A kiedy zaśniesz wiernie będzie przy Twym łóżku stać
I taką wodą być, a nie tą co żałośnie całą noc tłucze się po oknie
Wczoraj... Wczoraj...

I taką wodą być co nawilży Twoje wargi
Uwolni kąciki ust gdy przyłożysz je do szklanki
I czarną kawę zmieni w płyn kiedy dni skute lodem,
A kiedy z nieba poleje się żar poczęstuje chłodem
I taką wodą być, a nie tą co żałośnie całą noc w gardle pali ogniem
Wczoraj... Wczoraj...
Nie liczy się!
Bo wczoraj... Bo wczoraj...

I taką wodą być, a nie tą co żałośnie całą noc w gardle pali ogniem
Wczoraj... Wczoraj...
Nie liczy się!
Wczoraj... Wczoraj...
Nie liczy się!
Bo wczoraj... Bo wczoraj...
Nie było, nie.

Wszystko byłoby okej...

gdyby Jula przygarniała zwykłe GLUTY. Takie co to się je wydmucha w chusteczkę i po tygodniu znikają jak kamfora... Ale nie, ona woli te zmutowane, te co mnożą się szybciej niż światło.A jedynym sposobem na ich pozbycie się jest męczący kaszel i antybol - tym razem Augmentin  :/

Chorujemy nadal. Mężon w chałupie.

Jakoś nie mam siły żeby to opisać...

Są TAKIE dni...

kiedy mam ochotę wystawić moje dziecko na Allegro. Licytacja BCM ;) Mężon GRATIS!!!!
Wczoraj był taki dzień.
Najpierw Jula roznosiła przychodnię, bo wizyty u Pani doktor t r o s z k ę s i ę p r z e c i ą g n ę ł y. A nawet bardzo. Więc dlaczegobynie powłazić na ławki, pokłaść się na brudnej podłodze, pofroterować ją kolankami,  pobiegać w tę i z powrotem z okrzykami wojennymi Apaczów bądź innych Indian? "W kolejce dzieci się nudzą"............
Do domu wróciłam "ciut spocona". Naprawdę nie wiem ki diabeł w nią wstąpił??????
Cieszyłam się, że w domu coś zjem i odpocznę. Obiadu nie musiałam robić, bo Mężon z Julą zjedli knedle z zamrażarki. O naiwności kobieca...
Od progu powitał mnie "mega-baziel". Na balkonie powiewało pranie, domagając się zdjęcia i poskładania, w zlewie urosła góra naczyń po posiłku, na suszarce naczynia z wczoraj, w łazience pełen zlew ciuchów z treningów bezpieluchowych Juli....O zabawkach nie wspomnę - mogę prawda?
Nie zdzierżyłam. Powiedz…

Na tapecie...

Odpieluchowywanie.
Kałuże na panelach i rozpatrywanie zawartości nocnika - bo jest, ojej, skąd się wzięło??? - na zmianę. Liczymy, że tego drugiego będzie w miarę upływu czasu procentowo więcej.
Dziś i do środy - Tatuś w domu. Bo Jula znów przygarnęła GILA. Czerwony, furkoczący nosek nie przeszkadza jej jednakże w buncie.
Buncie przeciwko spaniu, przeciwko statycznemu oglądaniu bajek, przeciwko jedzeniu tego, co akurat jest na talerzu i ewidentnie nie jest tym co jedzą Rodziciele. Aczkolwiek ewidentnie JEST tym samym...
Nie przeszkadza w okazywaniu typowej podobno - zmiennej babskiej natury - Julcia chce osiołka! Julcia nie chce osiołka! zabieram - chce, oddaję - nie chce... Kocyk, książka, cokolwiek by to było... Mały, złośliwy diabełek kole widełkami w odpieluszoną i omajtkowaną dupinę...
Staramy się trzymać nerwy na wodzy.
Ale niech ten żartowniś od podmianek odda nam nasze spokojne dziecko- JUŻ!!!

Zupa - pyszna i pożywna ;)

Taki notatnik okołogarnkowy muszę wprowadzić, bo czasem mi się coś uda a potem zapominam...  Jakby ktoś chciał przypadkiem wypróbować - zachęcam ;)
Zupka cud - szybko i smacznie :)
Cukiniówka z pulpetami.
(ostatnio pokochałam cukinię - szybki efekt, doskonały zapychacz i w ogóle super, wrzucę jeszcze "Lazanię na szybko" i Bigosik z tym warzywkiem - jak mi nie wyleci z pamięci :)) 
na zupę: 2 ząbki czosnku 2 małe cukinie 2 duże marchewki 1 średnia czerwona papryka 2 kostki winiar - wołowo-kurczacze przecier pomidorowy - mały
na pulpety: mała cebula 30 dag mięsa mielonego jajko natka pietruszki sól, pieprz tymianek delikat do mięsa mąka
Warzywa myjemy, obieramy, (z papryki zdejmujemy skórę jeśli mamy małe dzieci) (albo jeśli te dzieci nie lubią pływających skórek z papryki w zupie ;)) Z cukinii usuwamy pestki, resztę kroimy w kostkę, marchewki ciachamy na jak najcieńsze plasterki, paprykę w paski. 
W garnku zagotowujemy 2,5 l wody (+/-) wrzucamy 2 kostki rosołowe.
Czosnek obieramy, kroimy na …

Padam, wstaję....

Marta - również dla Ciebie ;)

Bo dni znikają gdzieś tam za plecami w jakimś dzikim pędzie....


A ukochaną piosenką Juli jest "Boso". Rozpoznaje ją od razu - po pierwszych taktach - niczym zawodniczka w "Jaka to melodia" :))

Światełko w tunelu

Jako że mamy sobotę i chłop poszedł do pracy - w ramach wypoczynku postanowiłam odgruzować chałupę. Jula dzielnie mi pomagała. Ona przy wszystkim chce pomagać. W tym w czym nie powinna - najchętniej - np przy włączaniu odkurzacza do gniazdka ;) 
Dziś postanowiłyśmy, że zdejmujemy pieluchę. Rano nie miałyśmy w planach żadnych wycieczek - więc idealny czas na treningi pęcherza.
Pierwsze gacie wywiesiłyśmy tuż po moim trzecim "córuś na pewno nie chce Ci się siusiu? Jula podeszła do tematu dość obojętnie. Pozwoliła się przebrać i kiwnęła głową na moje błagalne "następnym razem powiedz mamusi jak Ci się będzie chciało..." 
Potem ze trzy razy twierdziła, że chce się jej siku, zasiadała na nocniku - i nic. Ale gdy poszłam sprzątać kuchnię - wywołał mnie dziki wrzask - SIKUUUUU!!! Poleciałam jak na skrzydłach, ale widząc Julę w kałuży szybko oklapłam w swojej euforii. Poszłam po szmatę, ale Młoda z uporem darła się SIKU! dalej i poleciała za mną do łazienki. - Córuś woła się P…

Poza tym że czarno to widzę....

To czarno to widzę.
Mężon ma katar i zaczerwienione gardło = epidemia dżumy cholery i tyfusu. Wściekły na cały świat chodzi do pracy. W domu unika Juli, narzeka, jojczy, wtrynia wszelkie możliwe specyfiki... Jednocześnie siedząc przed kompem i w necie....... Grrrrrrrrrrrrrrrr.
Jula na chorobę Tatusia nie jest oczywiście obojętna - od wczoraj ma katar, ciekawe jak się to skończy. Pewnie jak zwykle :/
A ja? Odporna na wszelkie bakcyle staram się jakoś opanować ten mój własny cyrk na kółkach.

Struna rzekoma

Bo rzekomo w małym, dwuletnim serduszku słychać szmery i szelesty...
Na echo pojechałyśmy do tej samej Pani doktor, która badała Julę jeszcze we mnie.

Jula była BARDZO grzeczna. Sama się zdziwiłam ;)

No i wszystko gra. Tylko takie muzyczne serduszko ma moja Córka.

A poza tym... Jesień idzie.

Jula ma zaordynowany Imunoglukan, który ma podnieść odporność. Na te wszystkie nadchodzące zimna, siąpienia, deszczenia... Na pogodę do poduszki.Sama bym chciała coś, co uodporni mnie na jesienną melancholię. I na jesienne smęcenie.

I na "nicniechcenie".

I na zmęczenie materiału, które wpełzło znowu do mojego małżeństwa...

A dopiero wrzesień.

Powtórka z rozrywki

Again and again and again....
Katarek-kaszelek, kaszelek-katarek i tak na zmianę... Tydzień w przedszkolu, tydzień w domu. Dzięki Ci Panie Boże, że cudownym zbiegiem okoliczności Babci i Dziadkowi chciało się odwiedzić nas i Braciszków... Przez weekend byli u nas, teraz przez chwilę są u Braciszków (ach, co to był za ślub...... :) "Na szczęście" (w "." bo nienawidzę kiedy młoda jest chora) u Julii dziś akurat, kiedy jest ostatni dzień ich pobytu katar zmienił się w mega-kaszel. Na szczęście - bo Babcia zdecydowała się zostać, żebym nie zarobiła kolejnej krechy w robocie...
Ale w sumie to męczą mnie już w pracy komentarze pt "znowu..." przecież jak ma się małe dziecko to normalne, że czasem trzeba z nim zostać. Wiem, że oni nie są przyzwyczajeni do zwalniania się pracowników z powodu dzieci, ale liczyłam, że skoro mają własne dzieci, to jakoś będzie można się z nimi dogadać, że zrozumieją... Rozumieli przez pierwsze 2 miesiące jak Jula poszła do żłobka.
Potem …

Gdybym wygrała w Lotto.......

Kupiłabym za to czas.
Dużo dużo czasu.
Na bycie Mamą. Na bycie Żoną. Na bycie Sobą.
Czuję, jak życie przecieka mi przez palce.
Rano, gdy za Mężonem zamykają się drzwi, dzwoni budzik.  Wstaję, ubieram się, maluję, robię kaszkę. Budzę Młodą i podczas gdy ona je, ogarniam w pośpiechu mieszkanie. Potem ubieram ziewającego stwora mruczącego "dzisiaj nie pójdziemy do pśedśkoja" tłumaczę - w zależności od dnia - jeszcze dziś i jutro, jeszcze trzy dni, dwa, jeden... albo - jutro już sobota - jutro się wyśpimy i nie pójdziemy do przedszkola...  Jula sama zakłada buciki, przynosi sweterek i kapelusik. Ranki są już chłodne. Zamykamy drzwi.
Co rano Jula "woła windę" wciskając guzik, potem szuka na tablicy z przyciskami "literki P".
Maszerujemy do autobusu. Omawiamy budowę Lidla pod naszym blokiem, słonko i samoloty. W autobusie Jula ma już swoje miejsce - na siedzeniu niedaleko kierowcy. Głośno komentuje - jeszcze nie jedziemy? O, pan śpi. - Ćśśś córeczko, staram się nie pars…

Jula...

Tuli się do moich kolan.
Stoję grzecznie, bo takie objawy czułości zdarzają się Młodej od niedawna.

Rozanielam się....


W końcu Przytulaniec podnosi główkę, patrzy na mnie i mówi:

Moooooja Perełka ::))

i tuli się dalej :))

Moje rozanielenie w Zenicie ;))

Wraca!!!!!

W piątek :)

Już nie mogę się doczekać, już skreślam dni w kalendarzu, właściwie mogłabym ten okres do piątku - przespać!!

Zaliczyłam parę wyjść ze znajomymi, zeby odnowić kontakty, ale myślami wciąż jestem gdzie indziej. Daleko. Przy NIEJ!!

Wczoraj była z dziadkami w zoo w Zamościu. Karmiła kucyki... A poza tym wciąż na podwórku, wciąż się z czegoś cieszy, wciąż śmieje, nieustraszona włazi gdzie ją nóżki poniosą i ciągnie babcię za rękę żeby jej pokazała wsistko!!!!

W zeszły czwartek Jula warowała pod drzwiami mieszkania dziadków bo "mamusia psidzie z pracy zaraz".
Prawie wsiadłam w pociąg.
Ale przekonali mnie że młodej będzie smutno jak znowu ją zostawię i zostałam. Sporo mnie to kosztowało, ale zostałam.... 

Byle do piątku... Byle do piątku...  Byle do piątku....

Wciąż chora :/

Oni jakoś tak zapadli mi w serce.....

Paranoja

kompletna. Dziecka nie ma, błogi święty spokój, a ja... Zamiast cieszyć się życiem jojczę nad pustym łóżeczkiem :/ Tęsknię nieopisywalnie. Głaszczę zabawki. Nękam Mamę telefonami (ona już nie weźmie Juli za cholerę przeze mnie :/) Wszystko do bani.
W domu bajzel, bo nie chce mi się sprzątać, na obiad kluski z serem bo nie chce mi się gotować. Zrobiłam wprawdzie pranie, ale to było 3 dni temu, a ono wciąż wisi.... Totalna dezorganizacja. A z Julą w domu mogłam góry przenosić i rzeczy niemożliwe załatwiać na wczoraj :/
Zwalam wszystko na to, że jestem chora. 
Fakt, zatoki zapchane, gardło spuchnięte, kaszel gruźliczy... I mimo opychania się aptecznym świństwem nie mija. Mężon za to zaczyna przejmować ode mnie zarazę...
I jeszcze w tym stanie biegam za kiecką na wesela... Na szczęście skurczyły się o jedno i idę tylko na dwa, co znacznie obniża koszty, ale... Budżet trzeszczy.  Więc - poleciałam na wyprzedaże. Każdy normalny człowiek kupiłby najpierw sukienkę. Ale nie ja. Mi się nic nie podoba…

Nie śiscy som

Raport z wyjazdu. 
Dzień wcześniej lądujemy u pediatry, bo Młoda znów kaszle. Tym razem podobno niezbędny jest antybiotyk, "bo są zmiany na oskrzelach".
Bladym świtem w sobotę Jula widzi Dziadków (Teściowa i Teść), którzy przyjechali zabrać nas do mojej Mamy. Wszyscy zgromadziliśmy się w jednym pokoju. Można nasz ogarnąć wzrokiem. Wszystkich na raz. Jula prze-szczęśliwa - Śiscy SOM! Oznajmia. 
Pakujemy się więc śiscy do auta. Młoda po porannej dawce antybiotyku jest lekko ospała, ale nie marudzi. Spokojnie przyjmuje konieczność wyjazdu. Nawet przez jakiś czas instruuje Babcię jak ma jechać - ćejwone śiatło, ziejone śiatło!! Jedziemy, gadamy, kontemplujemy krajobraz... Po stu kilometrach Teściowa zarządza postój. Mają JEDNO KONKRETNE miejsce, w którym ZAWSZE zatrzymują się jadąc do córki (akurat mieszka jakieś 60 km od moich rodziców, więc mamy po drodze). Jula od kilkunastu minut jest nieswoja, nie reaguje na zachęcanie babci do krakersów, paluszków, kanapek, socz…

3 dni

Właściwie nie całe.

W piątek wyjeżdżamy z Julą na wakacje do mamy.

Ja na tydzień.
Ona na miesiąc.

Będzie ciężko.

Jestem bardzo bardzo zmęczona.....

Dzień ojca.

Nic nie przychodzi łatwo.
Mężonowi ojcostwo też nie przyszło. On jest ogólnie nastawiony do wszystkiego na NIE. Ale jeśli już się do czegoś przekona - potrafi w tym być najlepszy na świecie.
Początkowo Jula to było dla niego małe, wyjące UFO. W dodatku ja z wiecznej optymistki pełnej wigoru zmieniłam się w wiecznie zmęczonego i sfoszonego  potwora zapatrzonego w to ufo niczym w obraz.
Ja nauczyłam się w końcu Juli. Przyszła pora na niego. Automatowi zwanemu Mamą zaczęły siadać trybiki. I powoli - najpierw zabawa, potem przewijanie, potem nagle zostali ze sobą sam na sam... I rozkwitła między nimi więź... Tatuś nagle WIEDZIAŁ dlaczego mała płacze, jak ją przewinąć, jak zabawić.
A ja - szczęśliwa z jego sukcesów zaczęłam go wdrażać w następne rzeczy. Przez pierwsze kąpiele Jula ryczała gdzie mama - nieprzyzwyczajona, ze tatuś ją kąpie. Ale potem - okazało się że Tatuś wspaniale kąpie. No to kąpał, a ja usypiałam bo wciąż karmiłam...
Potem postanowiłam uszczknąć mężusiowi jeszcze trochę wolnego…

Pogadajmy...

Zapiszę bo jak zwykle zapomnę ;)
Odebrałam wczoraj Julę z przedszkolakowa.... Siedzimy sobie na przystanku, czekamy na autobus. Pytam córkę: - Kochanie co robiłaś dzisiaj w przedszkolu? - Patrzyłam w okienko. Mamusi.
moja mina? ;)
(tłum. patrzyłam przez okno i czekałam na mamusię)
Stęskniony Tatuś wraca z pracy do domu. Już od drzwi woła radośnie: No chodź córeczko przywitaj się z Tatusiem!! Daj buzi! Jula podchodzi, ze zdegustowaną miną kładzie mu rękę na policzku - Tatuś kuj kuj! Ogolić się. - i wieje.
Mina mężona? :))))

A poza tym moja córka nabyła nową umiejętność - potrafi się sama rozebrać. Suuuper!!
tia :/
Dzisiaj rano znalazłam ją w łóżeczku goluśką, bez pampersa na przemoczonym materacu. Spała jak zabita.
W co mam ją ubrać?? W kaftan bezpieczeństwa?? ;)
Miłego weekendu!!

Uwaga, będę bluźnić...

Od czasu do czasu należy spuścić trochę powietrza, by ciśnienie nas nie rozerwało.  Uwaga. Spuszczam więc.

Czasami czuję się dziwnie wmanewrowana. Jakby ktoś gdzieś manipulował fabułą mojego życia.  W pewnym momencie odwróciłam się, by popatrzeć na wszystko co mi sie przytrafiło z dzisiejszej prespektywy i... to chyba jakiś matrix...
Najpierw program poszukujący - Ach Boże, jak ja bym chciała żeby ktoś mnie pokochał.... W wyposażeniu do tego zadania dostałam klapki na oczy nr 44, dziki entuzjazm i wykasowano mi elementy oceny krytycznej :/
Następnie scalenie obwodów z osobnikiem płci odmiennej... (wyposażenie j/w)
Kolejny etap - chciałabym mieć dziecko, taka mega wielka potrzeba, której nie da się nie ulec.  (wyposażenie: pewien zasób cierpliwości i chip z oddaniem i miłością bezwarunkową to ostatnie na stałe).
Dziecko zostało "napoczęte", wypchnięte na świat, a teraz toczymy walkę o to by dorosło i wpadło w ten sam cudny kieracik...
A gdzie osobnik pojedynczy? Gdzie w tym wszystki…

Nie ma to jak urodziny :))

Teściowie jednak przyjechali. Zmilczę na ich temat bo szkoda się denerwować, ważne że dziecko było zadowolone...

Prezenty na raty (od chrzestnej dotarł dzisiaj, od chrzestnego dopiero w następną sobotę) ale po minie można co nieco wywnioskować ;))







2 latka - to już jutro!!!!

Od dwóch lat jestem Mamą...

Od dwóch lat czuję się niezbędna...

Od dwóch lat mam całkowicie zmieniony światopogląd.
To już nie ja jestem ważna, nie Mąż, nie rodzice, nie brat. Najważniejsza jest ONA.


Moje Smarkadełko. :) Uwielbiam Cię Córeczko.

Choć czasami padam na twarz, choć czasami mam dość tłumaczenia, biegania, głowa mi pęka od Twoich jęków i marudzeń. Nie zamieniłabym tego na nic. Nigdy.

Jesteś mądra, rezolutna, masz milion pomysłów na minutę. Rozpływam się w Twoich uśmiechach.

Mamusia kółko graniaaste. Ja chcę. Mamusia idzie!! :D



A za miesiąc pojedziesz na swoje pierwsze wakacje bez Mamy.


No ocipieję z tęsknoty przecież, no!!

Urodziny odwołane.

Jula była dzisiaj z tatą u lekarza. Pani doktor stwierdziła infekcję bakteryjną ucha, co jest mocno wątpliwe, bo stwierdziła ją wyłącznie na podstawie zaczerwienionego środka ucha  :/  Jula nie pokazuje, ze uszko ją boli, nie ma tam żadnej wydzieliny, nic kompletnie... Ale faktem jest że zielona bakteria nadal atakuje. Lekarka zmieniła leki, w przyszłym tygodniu zostaję z Małą ja.
Zadzwoniłam do chrzestnej Juli - miała być obecna na urodzinach ze swoim synem, który odporność ma kiepską, więc wolałam ją poinformować jak wygląda sytuacja. Nie było dla mnie niczym dziwnym, że postanowiła przełożyć przyjazd na za dwa tygodnie.
Moja przyszła bratowa też jest chora, więc przełożenie imprezy było rzeczą oczywistą.
Moi rodzice nie mają kasy na przyjazd. Mama zostawiła prezent dla Julii jak była by jej pilnować na początku maja, kiedy Młoda też była chora :/
Zmartwiło mnie tylko że moi Teściowie też uznali, że przyjadą dopiero za dwa tygodnie razem z córką. "bo jak przywiozą rowerek to Jula…

Mała rzecz a cieszy ;)

Póki co mamy "ostre przeziębienie". Pani doktor niczego więcej nie znalazła, mimo, że ja już oczami zbzikowanej Matki widziałam prątkujące w Juli na potęgę bakterie i wirusy wszelkiego cholerstwa.
No bo gorączki brak. Ale za to kaszel taki,  że jego echo brzmi jak bojowy okrzyk śniadania - zaaaaraz wraaaacaaam!!!!! :/ I nocne pobudki i zielony katar niczym próbujący się wydostać na zewnątrz opanowanej istotki - OBCY ;) OK OK już przestaję, może niektórzy mają tu bujną wyobraźnię ;)
Tym razem była kolej Mężona na urlop. Na szczęście udało mu się wyrwać, żeby mój Boss nie dostał palpitacji serca ;)
W sumie boss nie jest zły, nie rzuca się o moje nieobecności, ale każdego pracodawcę przecież wkurza coś takiego, więc skoro jestem jeszcze w miarę "nowa" nie chcę wystawiać na próbę jego cierpliwości aż w takim wymiarze ;)
Niedziela - pracowita. W sobotę Mężon był w robocie, więc niespodziankę dla Juli przełożyliśmy na ten siódmy dzień tygodnia. Niespodzianką był... Jej własny…

Dawno tak...

Tęsknię za Tobą.
Kiedy codziennie oczy otwierają mi się ze zdumienia, że może być tak źle albo tak dobrze... Tęsknię, by móc się otworzyć, by móc Ci opowiedzieć, śmiać się z Tobą płakać w rękaw. Pozwalać Ci ocierać łzy i dodawać otuchy. Pozwalać potrząsać sobą kiedy robię głupoty. Biec do Ciebie kiedy mnie potrzebujesz, czuć że jestem Ci potrzebna...Słuchać Cię i wspierać... Tęsknię do tego byś powiedziała - "przecież tak dobrze Cię znam".
Brakuje mi wariackiego smsa z pytaniem czy mam wory pod oczami po przegadanej nocy...
I tych właśnie przegadanych nocy.
Tyle razy już oddałam Ci mój czas i serce, tyle razy odwróciłaś się plecami. Wciąż w nowej osobie.
Nie ma Cię już od tak dawna.
A ja chyba już nie mam sił by Cię szukać. Boję się zaufać, boję się powierzyć komuś siebie. Choć chciałabym tak bardzo.
TAK BARDZO!!
Przyjaciółko.

Zwrot akcji...

Po tajemniczych plamkach nie ma śladu. Wczoraj Pani doktor uznała, że to chyba jednak nie była angina tylko trzydniówka...(Jula nie miała żadnych problemów z apetytem czy piciem - jadła jak zwykle - jak mały smok z pięcioma żołądkami :)), no i te plamki....
Ale antybiotyk zapisano :/ Od wczoraj wstrzymano...
Cóż, ważne że jest zdrowa i nic wielkiego się w związku z antybiotykiem nie stało. Żadnych skutków ubocznych (mam nadzieję). Do końca tygodnia Jula pobędzie jeszcze z babcią - mają już zezwolenie na wyjścia na spacerki ;)
I jeszcze jedna bardzo dobra wiadomość..
Mam kasę na prezent i na tort nawet :))) Dzisiaj w drodze na przystanek tramwajowy znalazłam 100 zł!!
Jupi! :)

A to moje małe Szczęście :)

Wysypka???

W piątek lekarka stwierdziła biały nalot na migdałach Juli. Połączyła to z mega-gorączką (39,5 stopnia - piątek rano) i wyszła jej angina. 
No to od piątku Jula popija Ceclor wołając nań "jogurcik!!". Oczywiście do tego osłonowy Dicoflor... Wszystko zaczęło iść ku dobremu - Noc z niedzieli na poniedziałek młoda przespała spokojnie. Nawet my się wyspaliśmy. Przyjechała moja Mama, bo ile można wykorzystywać cierpliwość szefa? To już czwarte moje zwolnienie z powodu choroby Juli od marca... Wcześniej bywały "zapalenia górnych dróg oddechowych"...
A wczoraj... Na ciałku Juli pojawiły się plamki - całe wielkie stado na pleckach, brzuchu, buzi... Dzisiaj rano już zbladły - co za licho??? Dobrze, że na dziś mamy wizytę kontrolną w przychodni, może Pani doktor wydedukuje co dzieje się z Młodą.
Przedszkole Julia już lubi... Gdyby nie te choróbska byłoby super...
A kasa - to tylko kasa. 
Jej brak po prostu drażni. cholernie drażni.
Bo TYLE można by było Juli pokazać... A tak - naw…

Im dalej w las...

tym więcej ... kłopotów.

Już nawet nie płaczę. Po prostu staram się nie myśleć w czasie przyszłym. Dziś jest dziś. Dziś trzeba wziąć Młodą do lekarza i kupić antybiotyk, bo znowu jest chora. Tym razem angina. Prawie czterdziestostopniowa gorączka. Lekarka tylko pokiwała głową. Dziś trzeba kupić pieluchy i jedzenie. Dziś trzeba zapłacić za przedszkole i mieszkanie. Kolejne rachunki są dopiero później....Później ...

Nie mam siły. Jesteśmy równo pod kreską. Już nawet nie od pierwszego do pierwszego. U Mężona w pracy coraz gorzej, a na inną czy dorabianie gdziekolwiek nie ma widoku.

Z dnia na dzień.

Szkoda słów.

Po japońsku... jako-tako...

Praca praca dom dom dom.... Praca praca i tak w kółeczko.
A kasy jak nie było tak nie ma. Wynajem i żłobek wsysają skutecznie moją pensję. Ale - Teściowa mi nie zrzędzi nad głową i Teściowa mi nie zrzędzi nad głową - co jest wynikiem właśnie opłacania wynajętego mieszkania i żłobka.
Jula wciąż ma katar. Być może dlatego, że nieleczony trwa tydzień a leczony siedem dni. Siódmy dzień mija jutro. Się zobaczy. Na szczęście żłobek  Młoda traktuje jak chleb powszedni i rano jeśli tylko Wiktorek bądź Sybon (Szymon) nie robią jakiejś wielkiej awantury - ona też zostaje spokojnie. Natomiast jeśli oni awanturują się i płaczą to ona też. Solidarna jest. Ale Panie ją chwalą. Bo spokojna, grzeczna i wrażliwa. Czasem tylko nie ma ochoty iść na podwórko z innymi dzieciakami, ale daje się to jakoś przeżyć :)
W żłobku są śniadanka, dwudaniowe obiady i podwieczorki Podobno Młoda elegancko wcina. Jeśli tak, to ma apetyt gigant, bo w domu domaga się jeszcze porcji z naszego obiadu :)
W związku spokój. Wypraco…

Z woli nieba jestem tu....

Tak mi się jakoś przypomniało ;)

Dla wszystkich babeczek :))

hmmm...

Żeby nie było tak słodko o tym żłobku...

przeszłyśmy już z Julą jedno zapalenie górnych dróg oddechowych... Katar po pas... wybudzanie się w nocy... kaszel.
Byłam na to przygotowana. Wszyscy mówili ze w żłobkach dzieci chorują. Cóż gdzieś się Jula musi uodpornić na tą zarazę... A czy zarazi się w piaskownicy od zagilonego dzieciaka czy w żłobku to chyba nie ma znaczenia?  Przedwczoraj katar pojawił się znowu. Ale zaprowadziłam Młodą do przedszkola. Nie mam za bardzo jak zwalniać się z pracy przez katar :/ Dziś w nocy Jula znowu się budziła i znowu poszła do przedszkola. Zobaczymy co będzie w weekend. Lekarz z przychodni i panie wychowawczynie radziły mi "odpuścić"... Nie wiem na ile to dobre...

Niestety pojawił się też problem z brzuszkiem... Nie wiem co o tym myśleć - najpierw było zatwardzenie, teraz po 2 razy dziennie pojawiają się luźne kupki :/ Czy to reakcja na jedzenie żłobkowe?

echh wciąż wątpliwości...

Zaczęło się...

Dziś jak gdyby nic zaprowadziłam Julindę do przedszkola....
Nawet zbytnio nie protestowała, bo w korytarzu oprócz niej był jeszcze mały kolega z tatusiem.
I wtedy wpadła wychowawczyni ze słowami - "Muszę coś Państwu powiedzieć. Jak wczoraj zostałam z maluchami rano...."

W mojej głowie rozpoczął się myślowy proces twórczy w kierunku - Jula płakała, chciała do Mamy, nie można jej było uspokoić... działa się jej jakaś krzywda, rany!!!!

...ale wychowawczyni dokończyła - Państwa dzieci pięknie się ze sobą bawiły, aż w końcu Wiktorek podszedł do Julci, przytulił ja i pocałował w usta!!

Zbaraniałam.
Popatrzyłam z ukosa na ojca Wiktorka, on na mnie...

W powietrzu zawisł wielki znak zapytania, przy czym tatuś Młodego miał z lekka zagadkowy uśmiech.

Nie wytrzymałam i wypaliłam, żeby trochę rozładować atmosferę - "Pewnie się pan zastanawia po kim on to ma??" I roześmialiśmy się wszyscy...

Do Juli mruknęłam tylko - nooo, wcześnie zaczynasz kochana...

Ucałowałam ją, pomachała m…