Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2008

Wesołych świąt... :)

Jeszcze rok temu nie miałam tego komu napisac, ale teraz - JESTEŚCIE i bardzo mnie to cieszy :)
Życzę Wam więc, by te święta były wyjątkowe, ciepłe, rodzinne, pełne miłości, zrozumienia - i dobrych prognoz na nadchodzący Rok :)
Życzę Wam pogody ducha i cudownej atmosfery w rodzinnym gronie. I... Samych pyszności na świątecznym stole... I niech prezenty będą tymi właśnie - które sobie wymarzyliście i wyśniliście.

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!!!!

A ja zmykam, bo jest mi taaaaaaaaaaaaaaaaak dobrze u Mamy :)) A internet jest tu towarem raczej deficytowym :/ Ale nic to!
PA! :)

Jak upiec świąteczny piernik.

Postanowiłam na przekór temu, co dzieje się za oknem (śnieg pada.) (z deszczem.) (jest obrzydliwie. :/) przywołać świąteczną atmosferę świątecznym zapachem.
Mi ze świętami najbardziej kojarzy się zapach pierników... :)
W tym roku zamiast sterty małych ciasteczek, postanowiłam upiec jeden piernik, z przepisu z niejakiej Claudii wydanej kilka lat temu. Niby nic trudnego, przepis wypróbowałam w zeszłym roku, w kuchni Teściowej, piernik wyszedł jak złoto, postanowiłam powtórzyć sukces.

A więc, aby upiec świąteczny piernik należy:
1) Zaplanować pieczenie na czas wolny od pracy - najlepiej weekend, żeby się nie śpieszyć i wszystko spokojnie przygotować. Po czym rozchorować się w ów weekend i pozostawać w stanie kompletnie nie nadającym się do czegokolwiek. Ale...
2) Nie poddać się, zrobić listę zakupów, wręczyć ją Mężonowi i poprosić by poszedł do sklepu.
3) Narysować Mężonowi jak powinna wyglądać blaszka do piernika i szczerze się ucieszyć, kiedy stwierdzi "aaaaa to taka jak do makowca…

No lubię moją pracę ;)))

Lubię moją pracę
godz 8-10


Lubię moją pracę
godz 10-12


Lubię moją pracę
godz12-14


Lubię moją pracę
godz 14-16




DZIĘKI PJ!!!!!!!!!! :)

Niewydarzona żona...

Wyrazy współczucia dla Szanownego Mężona.

Po wnikliwej obserwacji własnej osoby doszłam do zatrważających wniosków... Powiedzmy sobie wprost - otóż, żona ze mnie ostatnio (delikatnie mówiąc) niezbyt udana...
Przez ciążowe smaki, obiady zrobiły się dość monotonne, bo nie chce mi się gotować osobno sobie i jemu. (No więc mamy: zupa- makaron, makaron-zupa, zupa z makaronem...).
Na krześle zbiera się sterta koszul do prasowania, bo to zajęcie jest dla mnie (i chyba zawsze będzie) - torturą (a przecież dziecka torturować nie będę, nie?)
Co chwilę jestem chora, nigdzie nie daje się ze mną wyjść - ledwo zawieje, a ja z obłędem w oczach szukam chusteczki, owijam się szczelniej szalikiem i pytam kiedy wracamy...
Nastroje mam co najmniej dziwne i to już nie tylko raz w miesiącu, kiedy należało schodzić mi z drogi bo @... Teraz trzeba schodzić mi z drogi "na wszelki wypadek" ;).
Obcięłam na krótko moje długie włosy (pod wpływem chwili), co Mężon dzielnie skwitował "Nooo, ładnie, …

Czytadła

Limonka zaprosiła mnie do książkowej zabawy, no dobra... Obejść się bez książek raczej nie potrafię, choć ostatnio niestety częstotliwość procederu musiałam nieco zmniejszyć...

1. O jakiej porze najchętniej czytasz?
Popołudniami i wieczorami, ranki mam zajęte przez pracę i.. wasze blogi ;)

2. Gdzie czytasz?
Wszędzie gdzie się da. Niestety w pojazdach wszelakich jeżdżących robi mi się niedobrze, więc wszędzie gdzie się da, byle tylko stać/siedzieć/leżeć w miejscu ;)

3. Jeśli czytasz na leżąco, to najchętniej na brzuchu czy plecach?
Na brzuchu nie czytałam już od... czterech miesięcy :D a lubię i na pewno do tego wrócę. Właściwie teraz to moje czytanie jest jak jazda na wielbłądzie - nie ma dobrej pozycji :/ Każda w końcu zmusza do zmiany...

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Fantastykę - pasjami. Ale nie typu obca planeta, Enterprise i milion robotów do pokonania - raczej fantasy - im więcej magii tym lepiej :)) Sagi wszelkie pochłaniam w tempie ekspresowym. Sagę o ludziach lodu -…

Odliczanie

Za pięć dni "wsiądę do pociągu byle jakiego" (byle tylko jechał w moje rodzinne strony of kors ;)) i popędzę do Mamuśki :) Całe szczęście, że to już, bo nie mogę się doczekać... I słucham sobie TEGO

Sprawy gardłowe wciąż aktualne. Po czwartkowym powrocie do pracy zaczął mnie budzić wściekły kaszel - bagatelka o czwartej rano. Braciszek, Połówka i Kochany Mężon patrzą już na mnie jak na neandertalczyka, który nie rozumie zasad społecznego współżycia... Ale na szczęście po zmasowanym ataku czosnkowo-cebulowo-malinowym i wreszcie udanych negocjacjach z dziecięciem na temat Bioparoxu (widocznie argument ciągłego wstrząsania za pomocą kaszlu jest wybitnie przekonujący) zaczyna cholerstwo puszczać. Są też niewielkie skutki uboczne - w Krakowie nie ma już ani jednego wampira ;)))

W każdym razie - dotarłam dziś do pracy zaopatrzona w psikadło z Bioparoksem, siatę mandarynek i herbatę malinową. Z zamiarem przetrwania :) Muszę jeszcze pozałatwiać parę rzeczy do piątku, więc wniosek j…

Powrót do żywych

Witam serdecznie :)

Od dziś znowu jestem w pracy, w sumie czuję się całkiem nieźle, może nie do końca mam blade gardziołko, ale wciąż mu serwuję lecznicze solne kąpiele, więc mam nadzieję, że w końcu bakcyl sobie odpuści.
Szeryf przywitał mnie z niejaką ulgą, aczkolwiek zaprosił na rozmowę i zadał pytanie kiedy mam zamiar się udać na dłuższe chorobowe przed porodem i kiedy chcę wrócić po macierzyńskim... Powiedział, że bardzo by mu pasowało, jakbym poszła na L4 już od połowy marca... Nie wiem co o tym myśleć. Nie lubię po prostu ubezwłasnowolnienia.

Aj głowa boli :/

Informacyjnie

Tak na moment wlazłam, żebyście nie pomyślały, że pagibłam albo co... Chora tylko znowu jestem. Ciąża w zimie to bardzo głupi pomysł :/ No chyba, że się ma odporność na wszelkie fruwające zarazy. Ja jak widać nie mam :/ Więc leżymy - ja i mój brzuch, na każdym boku po trochę (już mi się wydaje, że mam ich z osiem (tych boków) od leżenia... I "leczymy się" rosołkiem, malinowym sokiem, mlekiem z miodem i tfuuuuuuuuuuuuu czosnkiem. Bo na małe psikanko do gardła dzidzia zareagowała ze wstrętem - (patrz próba jedzenia witamin). Internistce aż się oczy powiększyły za okularami - Bioparox u Pani to wywołał????? Taaaaaaa...

I trwa to i trwa i trwa i czytam i krzyżówki rozwiązuję i kota dostaję, bo mi stopy marzną przy kompie :/ I nie mogę poleźć do was żeby poczytać wrrrrrrrrrrrrrrrrr....

Idę. Na rosół. :/

Miłego weekendu. ;)

Poweekendowo...

Weekend udał się wprost idealnie :)
Mężonowi na szczęście udało się wyrwać z pracy i w piątek całą czwórką uskuteczniliśmy najpierw 3 godzinną podróż pociągiem, potem jeszcze godzinną jazdę autkiem Tatunia... I... dotarliśmy do domu, gdzie czekała na nas z utęsknieniem kochana, roześmiana buźka Mamuni :) Kolacja, (pyszności oczywiście) i pogaduchy do późnych godzin nocnych... A rano tak fajnie się było obudzić w moim panieńskim pokoju z Mężonem u boku :D

W sobotę kupiliśmy ulubiony alkohol Dziadka i wielkiego chabazia w kwiaciarni dla Babci i oczywiście jej ulubione "ptasie mleczko"... Rodzice zamówili w cukierni pyszny tort z okazjonalnym napisem i byliśmy gotowi "na wesele" ;)
Miny Dziadków, kiedy oprócz oczekiwanych moich rodziców zobaczyli nas - bezcenne. Babcia miała łezki w oczach, Dziadkowi uśmiech nie schodził z twarzy... Bardzo się cieszę, że mogliśmy im sprawić tyle radości...

Szkoda tylko, że czas spędzony razem minął tak szybko... Teraz tylko pozostało…

Szczeżuja

Ogólnie rzecz biorąc

Nieciekawie ciut.

Wieczorami czytam "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" w przekładzie Kubiaka - doskonały środek na sen.

W dzień - przemęczam 8 godzin w pracy, bo Szeryfowi chyba koniec roku zaczyna działać mocno na nerwy, czego wynikiem jest to, że Szeryf działa na nerwy nam.

Dziś się dowiedziałam że obetnie mi pensję za moje zwolnienie lekarskie bo nie przez cały czas miałam taką jak teraz, a do L4 wlicza się średnia z ostatnich 12 miesięcy... Miła informacja przed świętami... Oczywiście nie istnieje u nas coś takiego jak świąteczna premia :(

Mężon chyba będzie musiał iść do pracy w sobotę, co częściowo rozwala nam plany wyjazdowe, bo będę musiała jechać bez niego :( I już nie będzie wszystkich "wnuczków" na rocznicy u dziadków :(

Powolutku rozglądam się za nowym mieszkaniem i staram się przyzwyczaić do myśli ile mam do spakowania i przewiezienia. Mam czas do końca stycznia. Może zdążę.

Za oknem szaro. Zimno. Ponuro. Śnieg pada z deszczem.

Do kitu ta środa. Komplet…

Już za parę dni... :)

Już w piątek po pracy Zabieramy się całą czwórką i jedziemy na "dziki wschód" do moich rodziców :) I do Dziadków, którzy będą obchodzić okrągłą, bo SZEŚĆDZIESIĄTĄ rocznicę ślubu. Nie wyobrażam sobie, żebym sama dożyła czegoś takiego :D

I tak właściwie to nie mogę się już doczekać wyjazdu. Babcia niesamowicie się cieszy z mojego brzuszka, więc fajnie będzie jej go w końcu pokazać :D A moich rodziców upewnić w tym, że sami zostaną dziadkami :)

Motylków w brzuchu nadal brak. Ale postanowiłam być cierpliwa. Może dziecię jest na razie nieśmiałe ;)) Może się ujawni jak usłyszy swoją Babcię :D :D

A poza tym w Krakowie zima. I zimno. I ślisko, bo jak zwykle zima zaskoczyła drogowców i cieciów. Mnie by zaskoczyło, gdyby nie zaskoczyła :D Brrrr... Lecę sobie zrobić herbatkę. Gorącą. A potem do was :) Buziaki!!

No i przyszła...

Drugi trymestr...

Boszzzzz... jak to zleciało... Pamiętam jak oglądałam w internecie zlepek komórek w czwartym tygodniu i mówiłam - "moje maleństwo" :D A teraz? Już 14 tydzień i wszędzie każą mi się wsłuchiwać w siebie, czy czasem nie poczuję jego ruchów... Fasolka rośnie i właściwie przestała być fasolką, a stała się krasnalkiem, który się jeszcze mieści w dłoni - ale już na pewno go widać :)
Czasem aż niedowierzam, że taki cud przytrafił się właśnie mnie. Mężon smarując oliwką mój wystający brzuszek, też patrzy na niego nie do końca pewnie... Dobrze, że przynajmniej mój lekarz jest pewny, że jestem w ciąży - tak pewny że uznał, że następne "widzenie" z maluszkiem dopiero po 20 tc... Szkoda... Tak mi się podobało jak się Młode wierciło na ostatnim usg... :)

Milion myśli zaprząta mi głowę. Ciężko nawet czasem wieczorem usnąć. A czy będzie zdrowe? A czy chłopiec, czy dziewczynka? A co z porodem, czy to będzie katastrofa, czy wręcz przeciwnie, zapomnę zaraz, gdy przytulę Maluszka... …

Kłopoty natury szafowej.

Właściwie to nie przytyłam. Bardzo. Ale moje spódnice i spodnie mówią mi całkiem co innego. Gładko wciskają się na siedzenie, ale kiedy zaczynam akcję "zapięcie guzika" śmieją się ze mnie w głos :/ Dla ratowania samopoczucia zakupiłam więc dżinsy (wersja z bawełnianym workiem na brzuch) które nie jęczą, kiedy się w nie wciskam. A nawet prychają pffff taki brzuch??? To nie brzuch!! :D Poza tym mam jeszcze parę spódnic na tzw gumę i uważałam problem na razie za rozwiązany...
I wtedy przyplątało się zimno... Nauczona doświadczeniem wygrzebałam zimowy płaszczyk i kurteczkę, wywietrzyłam, wytrzepałam... Założyłam... Hmmm kurteczka nagle kończy mi się nad brzuchem, a płaszczyk dopina się wyłącznie do... Przerażona, że mi dziecięcie zmarznie, wybrałam się więc wczoraj na zakupy z Połówką Braciszka. Połówka na szczęście zakupy lubi i towarzyszyła mi chętnie.
Okazało się... Że kobiety w ciąży, w zimie powinny zamknąć się w domu przy kaloryferze i tam pozostać... Sklepy ciążowe miały…

Żyję!!

Donoszę, że nic nam nie jest. Młode fika koziołki z radości bo Mamunia dostała L4 do 18 listopada. Szeryf wręcz przeciwnie. Mąż mnie przegania od kompa, mam wyleżeć czas jakiś określony przez niego, kurcze, opiekuńczy aż nadto się zrobił :))) Ale potem obiecał, że mi pozwoli napisać coś dłuższego. Nie dostałam niestety zdjęcia Malucha, bo doktore kazał mi przyjść na kontrolę 17 to może wtedy. Ale widziałam, całe i zdrowe :))
Mi już trochę lepiej - mleko z miodem, sok z malin i te rzeczy, same wiecie ;) No i oczywiście wasze dobre myśli!!! Dziękuję :)
OK A teraz - spadam. Mężon książki przytaszczył :D Odezwę się... Potem jakoś :)

Złapał katar Katarzynę...

W sumie z Kasią mam niewiele wspólnego ale i tak mnie dopadło. Kicham prycham, gorączkuję i zużywam milionpińćset chusteczek dziennie. Pomachałam więc wczoraj Szeryfowi na do widzenia (będę jak wrócę) i zapakowałam się do łóżka. Ciekawe, co na to moje Młode. Pewnie się radośnie przeciąga w brzuchu, mrucząc - "No, Matka - i tu Cię mam. Było "zwolnij" po dobroci - nie chciałaś - no to masz!!"

Właściwie choróbsko się wzięło znikąd, bo nie miałam się gdzie przeziębić. Widocznie z tego zalatania odporność mi zdycha i jakiś Bogu ducha winny współpasażer z tramwaju sprzedał mi niechcący bakcyla :/ Cóż, bywa.

Dziś pędzę do Doktorka. Dowiem się co tam u dziecięcia, bo ze mną na razie tylko przez pełnomocnika chce gadać - osobiście ani mru mru. Ale to się zmieni... Pogadamy jak stamtąd wyjdziesz Kochanie - i nie będzie powrotu ;))

Dobra, idę sobie dalej smarkać w łóżku. A wam życzę miłego dnia.
Jutro zdam relację z "widzenia" ;)

Zagwozdka...

Marsz pingwinów :))



















Zdjęcie made by Braciszek.
A dla was zagadka - gdzie jestem JA? :D

I kolejny poniedziałek..

Dziecięcie jutro będzie miało 12 tc i 10 tygodni od zaistnienia. A we środę może mi nawet pomacha na usg :) Wszystko się mu już ładnie wykształciło, teraz tylko rośnie i dojrzewa mój owocek, co by móc ryknąć gromkim głosem, że głodny... W maju. Już się nie mogę doczekać na ten pierwszy ryk :D :D, byle tylko nie przytrafiał się ciągle ;))

Gdzieś tam....

Dzień zadumany, zapłakany, coś w nim skłania do zamyślenia się...

Do wspomnień o ludziach, którzy byli blisko, a już ich nie ma. Których imiona już tylko pozostały na kamiennych nagrobkach...

Dzień dla tęsknoty za... Dzień pamięci o...

.....................................................................

Pamiętajmy. I uczmy pamięci, by w niej pozostać, kiedy przyjdzie nasz czas...

Jesienne gderanie...

Drzewa zgodnie robią streaptease... A babcie mierzą nowe, najmodniejsze w tym sezonie modele moherowych beretów....

Ale ciepło jest. Słońce leniwie rozgarnia chmury i przygląda się coraz bardziej osowiałym brunatnym miśkom, którym tylko spanie w głowie...

Byłam wczoraj na angielskim. Lektor z ADHD, przesympatyczny. Dziewuchy też spoko. Okazało się nawet, że nie zapomniałam wszystkiego od ostatniej lekcji w zeszłym roku i rozumiem co się do mnie mówi. I nawet na pytanie daję radę coś odbąknąć... Ino że...

Lekcje były i się skończyły, wylazłam na chodniczek przed budyneczkiem a tam ciemnooooo... Tramwaj zrobił śliczne ziuuuuuuu przed moim noskiem, a następny miałam za dwadzieścia minut... Pojechałam więc innym, żeby zaoszczędzić czas - wtryniając się z tej okazji prosto w jakiś koszmarny objazd.
W domu byłam ciut po 21. Stroskanemu Mężonowi zdążyłam powiedzieć "dobranoc" i z nosem w poduszce odpłynęłam w niebyt, który niestety zakończył się wielką rafą bynajmniej nie koralową…

Kolejny poniedziałek

Jakby ktoś pytał - to jestem, tylko baaardzo mi się nie chce pisać. I w ogóle hoduję brzuszek, a brzuszek uczy mnie pokory pod tytułem "nie, nie możesz wszystkiego jeść". Np rybek z puszki. Żadnych. I witamin dla ciężarówek - też. Z tymi witaminami, to brzuszek poinformował mnie nawet bardzo dosadnie, że ich nie chce. Początkowo delikatnie pobolewał, a kiedy się nie poddawałam rozpoczęły się lekkie mdłości... Aż w końcu zareagował dość obcesowo w podskokach wyrzucając mnie z pracy i kładąc plackiem do łóżka. I w tzw międzyczasie zaznajamiając dość dokładnie z "wielkim uchem". Dobrze, że mam wyrozumiałego szefa, gdy usłyszał mnie w piątek stwierdził, "ooo słyszę, że jest źle" - i kazał mi zostać w domu ;). Dolegliwości minęły, ciągotki do witaminek również. W przyszłym tygodniu mam wizytę to dowiem się, czy na pewno "wszystkie preparaty dla kobiet w ciąży mają ten sam skład", bo jeśli mam coś takowego brać z TAKIM skutkiem, to ja od razu proszę o…

I'm back ;)

No i jestem. Za swoim biurkiem, pod stertą papierów, spod której będę musiała się jakoś wygrzebać... Ale jakoś dam radę... W końcu tyle jeszcze świeżutkiego, rześkiego, górskiego powietrza w płucach :)

Było... No bosko było. Mimo że nasza Dujawica została przemianowana na Karczmę Nosal i zamknięta chyba aż do początku sezonu zimowego :/ Cóż, romantyczny wieczór rocznicowy odbył się gdzie indziej - ale oczywiście z pstrągiem i kwaśnicą w roli głównej ;) I była góralska muzyka i świeczka i nastrój i te niebieskie oczy mojego Mężona jakieś takie rozmaślone, jakby mnie zobaczył znowu pierwszy raz :D

I na "spacerze" byliśmy w Dolnie Strążyskiej... Oczywiście zrobiłam mnóstwo zdjęć wszelkim wiersyckom, siklawicom, strumyckom, mosteckom i łowieckom ;) I nogi mi wchodziły w wiadome miejsce mimo oszczędzania... ale to też szczegół. Piękne słońce, królewski Giewont... Aż chce się wracać z powrotem... najlepiej już dzisiaj ;)

No cudnie cudnie... Jak będę mieć zdjęcia w necie to sznure…

Skórzana

Ależ ten czas leci... Już trzecia. A pamiętam, jak jeszcze rok temu pisałam o papierowej... :) A za rok... Kwiatowa - być może już we trójkę... I wciąż nam tak samo dobrze...

Nie piszę bo mi wena zdechła. I w ogóle pełna obaw jestem o to moje nienarodzone... Ale to chyba normalne. Jutro idę do doktorka dowiedzieć się jak maluchowi tam - w moim brzuszku, może wreszcie ktoś bez moich błagań powie mi, że wszystko ok.
..
A w piątek wyjeżdżamy na weekend do Zakopanego. Odpocząć, odstresować się, zjeść pstrąga w Dujawicy i połazić po świeżym powietrzu...

A w poniedziałek widziałam się z Eunice i... Żądam powtórki!!! :)) A Ssaczek to taki przystojniak... że mówię wam...

Dobra, dość na dziś.

Jak wrócę do domu i do pracy - napiszę więcej. W przyszłym tygodniu. A teraz zmykam. Pa.

Zmęczenie materiału

Jestem nieludzko zmęczona. Nie wiem czym. Nie wiem, może to hormonki związane z maluchem, może sama dzidzia daje mi znaki - Matka, puknij się w głowę i weź no trochę zwolnij...
Zero energii przy wstawaniu rano do pracy. Z cichym pssyyt ktoś spuścił powietrze z balonika wcale mnie o tym nie informując.
Chce mi się spać. Najchętniej zwinęłabym się w kłębek, przykryła opadającymi liśćmi i zasnęła aż do wiosny...

Tak jakoś jesiennie i bez sensu...
Dobranoc.

Coś na uśmiech ;)

Ot, żarciki ;)

Co to jest, gdy iluzjonista wyciąga z kapelusza to co chciał?
- Sztuczka.
A kiedy kobieta wyciąga ze swej torebki to, czego właśnie potrzebuje?
- Cud!

****

Małżeństwo jest jak fatamorgana na pustyni - widzisz pałace, palmy, wielbłądy...
Potem znikają kolejno pałace i palmy, a na końcu zostajesz sam na sam z wielbłądem.

Dzień kolejny

Czujemy się świetnie. Nawet lubię być w "dwupaku"... :) Wprawdzie dzidzia chyba się ubezpiecza na jakieś gorsze czasy, bo sukcesywnie powiększa magazyn w mleczarni, co jest ciut niewygodne i ciut bolesne, ale da się przeżyć. Wolę już to, niż pogoń za pawiem :/

Sobota przepiękna. Poranek wyspany, rozpoczęty z Mężonkiem słodziutko i przytulaśnie. Potem wyprawa na "kopiec kreta" ;). Niesamowite kilka godzin, które spędziliśmy sobie razem na spacerze do kopca Kościuszki. Troszkę się bałam zmęczenia, ale okazało się, ze nie taki kopiec wysoki jak go malują. Wdrapaliśmy się, zrobiliśmy trochę fotek, bo widok nieziemski... Potem w kawiarni "Pod kopcem" pożarliśmy przepyszne lody... Dawno nam nie wyszła taka fajna randka :) Powrót do domu zakończony zakupami, obiadkiem, słodkim lenistwem.. :) I oglądactwem nowego tvn-owskiego pomysłu pt "Mam talent". Ciekawe jaki talent objawi dzidzia?

Niedziela przeleniuchowana.

A dziś rozmowa z szefem... Który przyjął…

Relacja.

No już jużżżżż :)))

Nie poganiajta mnie tak, bo się zasapię, co może nie być wskazane... Boszzz czy dla mnie w ogóle coś jest wskazane oprócz - "dużo odpoczywaj i się nie denerwuj"? Bo jakoś tak chyba nie :/

Nie chciało mi się jeszcze wstawać - tak nam się fajnie z moim cudem dzisiaj rano leżakowało...

Bo jest cud, wiecie? :)

Pogalopowaliśmy wczoraj z Mężonem do doktorka poleconego przez Eunice. Co ja bym bez niej zrobiła?? niby mieszkam tu pięć lat, a zielonaaaa jestem jak szczypiorek na wiosnę w sprawach lekarzowych :/ Chyba bym musiała się udać do Teściowej po poradę, co niekoniecznie mądre by było... Dzięki Eunice, że uratowałaś mnie od porad Teściowej :D

Galopowaliśmy trochę za szybko i byliśmy ciut za wcześnie (jakąś godzinkę hehe) - wystarczająco wcześnie, żeby pójść sobie na spacerek po salwatorskich uliczkach. Boszzz jak tam jest pięknie... A mi się wziął i rozładował aparat :// Złośliwa bestia no. Ale wrócę tam może w sobotę, to pstryknę co nieco i wam pokażę :)

A…

Mój dzień powszedni...

I znowu poniedziałek...

I znowu pobudka o 6:30.
I znowu zimno za oknem.
I znowu pada deszcz...
I znowu korek w drodze do pracy.
I znowu zimne biuro.
I znowu 8 godzin do odbębnienia....

I znowu maruda przy klawiaturze :/ ;)

Jak na razie mamy się dobrze. We środę wizyta u doktorka, ciekawe co nowego powie...
Teściowie przeszczęśliwi, moi rodzice próbują przełknąć informację, że zostaną dziadkami.

W weekend sprzątanko, pranko i odpoczywanko.
I film w Multikinie z Braciszkiem i jego Połówką. "Nie zadzieraj z fryzjerem" :D

I coraz częściej myślę o urlopie... Bo tylko bym spała i spała i spała....

Fasolka

Od zapeszania chroń mnie Panie, ale nadmiarem szczęścia muszę się podzielić, bo inaczej się rozpuknę :) No MUSZĘ Wam powiedzieć koniecznie ;))

Kołaczą mną sprzeczne emocje. Od dzikiej euforii, poprzez niedowierzanie, że "to już!!", po strach, czy wszytko będzie dobrze... Ale przeważa szczęście.

Objawy szczęścia są następujące: pychol mi się jarzy jak 3/4 galaktyki, potroiłam dzienne wycieczki do WC, wciąż dopada mnie wielki Głodek :/ ,mam ciągłe objawy nadchodzącej @, która nie nadchodzi... i bardzo trzęsące się łapy, od wczoraj, kiedy trzymałam w nich plastikowe ustrojstwo, w którym magicznym sposobem pojawiły się DWIE różowe kreski ;)

Wszystkie problemy skurczyły się do rozmiaru mniejszego niż ta kruszynka, która się we mnie rozgościła... Przynajmniej na razie :)

Mężon cały w skowronkach, moja Mamunia lekko przerażona ale też się cieszy. Tatunia zatkało :D Dziś idziemy pochwalić się teściom :D

No to Buziaki Kobiełki!
Trzymajcie kciuki :)

PS
A Ciocia Cukiereczek niech ni…

Obrzydliwa pogoda

I co tu dużo gadać. Deszcz. Paskudztwo. Obrzydlistwo. Fuuujjjj!!!! Wstrętne i okropne. I nogawki mam mokre. I nos jak labrador :/ I wcale nie mam ochoty się przestawiać na tryb jesienny!! I zimno. I nie zmieściłam się dzisiaj w mój jesienny płaszczyk, bo tak gruby sweter założyłam... A i tak zimno.
Mężon mi się przez ten głupi deszcz przeziębił... Cały tramwaj kicha zgodnym rykiem co pięć minut... "złota polska jesień" - cholera. Idę sobie Was poczytać na osłodę. Z malinową herbatką.

Wielkie plany na przyszłość.

Miałyście kiedyś taki czas, kiedy było wam po prostu dobrze, tak dobrze, że można było zarzucić myśli jak sieć daleko... I wierzyć, że tą siecią da się wyciągnąć spełnione marzenia...? Czas, w którym robiłyście wielkie, życiowe plany na "za rok", na "za pięć lat", na "kiedyś"? I wydawało się wam, że te plany są właściwie całkowicie realne. Wystarczy zabrać się do tego już, by kiedyś osiągnąć efekt... A potem, nagle... Ni z tego ni z owego... Trrrach. Koniec. Trzeba wszystko zmieniać o 180 stopni, pójść w lewo zamiast w prawo - a nawet cofnąć się, czego nikt nie lubi... I taka wściekłość się pojawia - "bo miało być inaczej!!!"...
Miałam tak. Kilka razy pozwoliłam Temu - tam wyżej - głośno porechotać. Bo mogłam szczegółowo i realnie planować, mogłam wyliczać ile mi zajmie dotarcie do celu, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje. Mogłam z determinacją dążyć do usunięcia wszystkich przeszkód... A On i tak - nieraz pod sam koniec starań rzucał pod nog…

Poweekendowo

Wróciłam z weekendowych wojaży, wróciłam do pracy i do waszych blogów. Zresztą chyba mnie tam widać ;) Ale jeszcze chyba nie do końca wróciłam do siebie ...

Weekendy z rodzicami i dziadkami są cudowne... Tylko ta tęsknota po wyjeździe... Chciałabym mieć ich blisko... Ale się nie da... :/

Blogiem życie podszyte...

No cóż, uwaga.

Wkopana przez DWIE NA RAZ kobiełki, chcąc nie chcąc, będę się wywnętrzać. ;)
Eunice i Cytryno wszystko przez was!! :) Ale dzięki, że jesteście, bo moja pisanina dzięki wam nabrała dla mnie sensu. (Co nie jest równoznaczne z tym, że nabrała sensu dla czytających of korss ;))

Tak dla małego wyjaśnienia, dla osób, które weszły przez Cytrynę - jestem polonistką przeniesioną do rezerwy ;) Ale pisałam kiedyś dużo i często. I czytałam - (właściwie to wciąż coś czytam) co zawiodło mnie w końcu w bramy mojej Alma Mater... Niestety, jak to już opowiedziałam w przedostatnim poście, nie było mi dane "cudzych dzieci uczyć" (chyba, że liczyć praktyki) i - wylądowałam tu, gdzie jestem.

Z tym moim pisaniem było różnie, ale jeszcze przez studia popełniałam wiersze i opowiadania, pisałam coś w rodzaju dziennika... Kompletnie odwiódł mnie od tego mój Pan promotor, pastwiąc się nad moją pracą magisterską, która jak nazwa wskazuje - miała być MOJĄ pracą, nie jego. Cóż. Odłożyła…

Wrzesień

Oznajmiam, że moje narzekanie na tramwaj na początku lipca było bezpodstawne...
W porównaniu z tym, co dzieje się teraz... Wtedy było baaardzo luźno...

I już nawet nie chodzi o mnie, dobra, wcisnęłam się przecież jakoś między Panią dociśniętą do szyby, Pana z dwoma walizami, rurę do trzymania i chłopaczka z wielkim plecakiem... Chodzi mi właśnie o tych chłopaczków i dziewuszki z wielkimi plecakami ledwo zipiących i tratowanych przez pół godziny przez współpasażerów...

Mieszkam na wielkim osiedlu. Widziałam tam przynajmniej ze dwie szkoły. Czy na serio nie można tych dzieci posłać gdzieś bliżej (o podstawówkę-gimnazjum mi chodzi)? Czy faktycznie są aż takie różnice poziomów w szkołach, że trzeba wybierać, albo blisko domu albo wysoki poziom nauczania?? Nie rozumiem tego trochę. Ja bym nie chciała żeby moje dziecko kisiło się przez pół godziny w zatłoczonym do maximum tramwaju tylko po to, żebym mogła powiedzieć, że kształcę je w centrum, w renomowanej szkole "XY". Nie wiem, j…

Jak o mały figiel nie zostałam nauczycielką ;)

I pomyśleć tylko... Że mogłam dzisiaj stać w szeregach belferskiego składu, w którejś mniejszej lub większej szkółce... Patrząc, jak młodzież - cokolwiek by nie mówiła poza budynkiem szkoły - radośnie wita kolegów/koleżanki z klasy i obmyśla chytry plan: jak w tym roku dobrać się do nauczycieli... (Albo MY albo ONI ;)) ...

Mogłam siedzieć z nosem w papierach, obmyślając tematy lekcji, przygotowując listę lektur, plan powtórek, konspekty... Uzupełniać dziennik nazwiskami... Mogłam przez dziewięć miesięcy w roku żyć rozkrzyczanymi przerwami - od dzwonka do dzwonka. Moimi problemami mogły być problemy gimnazjalistów i przerażonych dorosłością maturzystów. Mogłam taszczyć co dzień kilogramy klasówek i zeszytów do sprawdzenia, organizować "kółko ortograficzne" może literackie... Brać udział w tworzeniu szkolnej gazetki i szlifować talenty na akademie...

Mogłam z uśmiechem czytać pierwsze wiersze "świetnie zapowiadających się poetek i poetów", podtykać co ciekawsze lektu…

Setny post...

Jak na dwuletnią działalność to nawet niezły wynik, nieprawdaż?
Wiem, że się opuszczam, ale mam uczulenie na komputer. Takie faktyczne i wredne. Widzę monitor i włącza mi się odruch nakazujący zniknięcie z zasięgu.
Wszystko przez Szeryfa. Wrócił z urlopu pełen wigoru, dzikiego entuzjazmu, rozbudowanej potrzeby "usprawniania firmy"... i męczy. Mnie jako najbliżej się kręcącą (kwestia stanowiska) dotyka to tak bardziej "docelowo"... Wszystko ma być "na wczoraj" a właściwie "na przedwczoraj" i powoli zaczynam się zastanawiać jak by się tu sklonować... Niestety pomysłu brak, a roboty wcale nie mniej.
Dziś chwila spokoju. Szeryf pojechał na kolejne "bardzo ważne spotkanie", oczywiście wystosował wcześniej kilometrowego maila z zarządzeniami co trzeba zrobić na dzisiaj (a właściwie na wczoraj ). Powoli budzę się więc kawą, z błogą miną wspominając weekend i mobilizuję się do działania. Tak właściwie to lubię, kiedy w firmie dużo się dzieje…

I znów poniedziałek

Nie to, żebym nie lubiła poniedziałków... Ale ich wielką zwolenniczką też nie jestem. Szczególnie tych poniedziałkowatych poniedziałków zaraz po urlopie. I zaraz po urlopie Szeryfa...

Jak tylko dotrze do firmy zacznie się mały Sajgon... Ale na razie nie dotarł, więc do rzeczy ;)

Piątkową rodzinną imprezę przeżyłam tylko dzięki temu, że zabrałam aparat. Zatrudniłam się jako fotograf do maluchów i nie musiałam słuchać komentarzy przy stole. Chociaż w sumie i tak nie udało się ich uniknąć. Usłyszałam od "kochanej cioci", że "chyba troszkę przytyłam, bo się ładnie zaokrągliłam" - co miało być podobno dla mnie pretekstem do oznajmienia wszystkim, że będziemy mieć dziecko... A Babcia podobno trzy razy pytała mojej Teściowej czy aby na pewno nie jestem w ciąży... I znów zawiodłam całe towarzystwo. O nic więcej nikt mnie nie zapytał. Ani o pracę, ani o to jak się nam żyje w nowym mieszkaniu...
Boszzzz... Czuję się tam jak jakaś niepełnowartościowa kobieta :/ Aż mi się ode…

Biegiem po sklepach

Dlaczego, jeśli się szuka czegoś konkretnego, to nigdy nie można tego znaleźć? Poszłam sobie dzisiaj na zakupy, żeby znaleźć ładną białą bluzeczkę, która by pasowała do spódniczki wyczajonej na wyprzedaży... I jakby to było żebym znalazła ot tak po prostu?? To wręcz nierealne :/ Gdzieś słyszałam, że blisko Rynku Podgórskiego są fajne, tanie butiki z ładną odzieżą. No ja się pytam GDZIE? Zeszłam pół podgórskiej starówki - i nic (może weszłam od złej strony??) Nogi mi mało nie weszły we wszystkim znane aczkolwiek mało obyczajne miejsce, ale nie znalazłam kompletnie nic. A może "zwykła prosta biała bluzka" to zbyt duże wyzwanie dla tych sklepików??
Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr. No. Część pierwsza - wyżalająca zakończona. ;)

Bluzkę kupiłam w końcu w molochu galerii. W jednym z tych stu jednakowych,no może trochę się nazwą różniących magazynów z wieszakami :/ I na pewno zobaczycie mnóstwo kobiet w takich samych bluzkach jak moja :/ I to nic, że ja chciałam jak za starych dobrych czasów…

Julian Tuwim "EWA"

Kobiałki coś o nas wszystkich :) fragment dziadka Juliana ;)

Zaczęło się to dawno, dawno,
Najdawniej jak pamięć sięga,
Tam, skąd bierze początek
Rodzaju ludzkiego księga.
Pod modrym niebem, w cudnym ogrodzie,
Pod słynnym drzewem, w przewiewnym chłodzie,
Pierwszą wiosną, w pierwszym maju,
Zresztą każdy o tym wie:

Kiedy Adam mieszkał w raju
Bardzo często nudził się,
Spać tam było we zwyczaju,
Wiec spoczywał w błogim śnie...

Dalszy ciąg każdy sam sobie dośpiewa.
Słowem: EWA.
I zaraz potem zerwała owoc z drzewa, co nęcił wonią
i blaskiem świecił. Ach, przypadła doń pożądliwymi usty:

Patrz Genezis, rozdział trzeci, ustęp szósty(...)

A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest wiec odtąd na wieki i grzeszna, i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza,
I gołąb i żmija, i piołun i miód,
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna,
(...)
Początek i koniec - kobieta - to ja!

Prawie jak piątek

Dzień dobry :)

Imprezka udała się bardzo. Mężon był bardzo dzielny, przyjął życzenia, zdmuchnął świeczki, a potem rozlewał wodę ognistą :D A my darliśmy się oczywiście "i jeszcze jeden i jeszcze raz" ;)
Na szczęście sąsiadów mamy b. cierpliwych :D
Bawiliśmy się świetnie, dlatego poranek dnia następnego powitał nas zbyt wcześnie i zbyt boleśnie ;)

Takie mam wesołe to lato. Ciągle jakieś wyjścia, imieniny, urodziny, pamiętna parapetówka... Całkiem przyjemne to w sumie :)) Ale w ten weekend szykuje mi się imprezka u Babci Mężona... Rodzinne nasiadówki niestety nie są tym, co tygryski lubią najbardziej... Wręcz wolałabym się jakoś od tego wywinąć.

Mama teściowej, teściowa i dwie jej siostry... do tego mężowie, córki z mężami i dziećmi tych trzech ostatnich... wielkie AAAAAAAAA... i uciekać gdzie pieprz rośnie. Chyba aspołeczna jakaś jestem :/ Ale te rozmowy o każdym członku rodziny po kolei, o tym kto umarł, zachorował, urodził, wychodzi za mąż... No nie umiem tak.

Przeszkad…

Lubię piątki :)

Wstaję rano z perspektywą "jutro się wreszcie wyśpię". Dzień upływa tak jakoś spokojniej i mniej nerwowo, bo przecież nie ma już aż tyle roboty co w poniedziałek.
I czas do popołudnia biegnie jakoś szybciej...

I plany na weekend robią się prawie realne... A plany są, całkiem całkiem powiem wam przyjemne. Głównie z tego powodu, że Mężon będzie świętował urodziny :). Poświętujemy więc co najmniej we czwórkę...

No to do poniedziałku ;)

Wystrzałowy weekend

W sensie dosłownym ;)

Bawiliśmy się świetnie. Ludzie, którzy wpadli na pomysł, żeby na krakowskiej łące pod Kopcem Kościuszki, zwanej szumnie Błoniami odbyła się tego typu impreza, powinni być z siebie dumni.

Wzięliśmy udział tylko w jednym dniu z dwóch przewidzianych, bo w sobotę powlekliśmy się z Mężonem na urodziny do teściowej. Nie powiem - nie było źle. Teściówka poczęstowała nas drinkiem, omówiliśmy mniej więcej przebieg imprezki imieninowo-urodzinowej w przyszłą sobotę, posiedzieliśmy i poszliśmy. Pogoda była taka sobie, więc wielkiej chęci na sterczenie pod parasolem z zadartą głową raczej nie mieliśmy. I.... wpadliśmy po uszy w wyprzedaże w galerii. Nie sądziłam, że zakupy z własnym facetem mogą być takie fajne :D wprawdzie musiałam uważać, żeby Mężon nie stracił całkowicie cierpliwości do mojego jojczenia nad tym jak wyglądam i że wciąż coś jest za duże lub za małe (bluzki za duże, spódnice i spodnie za małe ;) ale dało się. Wyszliśmy z paroma zdobyczami dla mnie i d…

Sierpniowy początek

Szukałam sobie tematu na posta, zastanawiałam się czym tu się z wami podzielić i... mam :) Postanowiłam Wam opisać jak to się w lusterku teraz nowa buźka pokazała i jak sobie odnalazłam na nowo koleżankę :)

A tak właściwie to się muszę jeszcze przyzwyczaić, że ktoś mnie czyta i takiego mam trochę stresa pisaniowego, bo ja taka perfekcjonistka trochę jestem. I tak bym chciała żeby wszystko ładnie, dokładnie i na ostatni guzik. O, i się plątać zaczynam :D No dobra, do rzeczy.

Wszystkim pewnie dobrze znany portal, który umożliwia wyszukanie znajomych sprzed lat, również i mi sprawił wspaniałą niespodziankę. Szperałam, szperałam i znalazłam koleżankę, którą znam wyłącznie z listów. Wiem, że już się listów nie pisze, tylko maile, ale ją znam właśnie z listów. Poznałyśmy się dzięki niesamowitemu zbiegowi okoliczności. Byłam sobie dawno dawno temu na wycieczce klasowej w Krakowie (zanim jeszcze zaczęłam w nim mieszkać of kors ;) ) Chyba większość szkół stara się dzieciakom zorganizować taki…

Post pochwalny ;)

Takie pisanie "do szuflady" jednak jest nudne. Od czasu jak Was tu mam zrobiło mi się... tak cieplutko i fajnie :) I wesoło. I ciekawie...

Poznaję Was, wczytuję się w notki aż do samego spodu, czekam z niecierpliwością aż się pojawią nowe... Micha mi się cieszy jak widzę, że byłyście u mnie i zostawiłyście jakiś ślad... Dobrze mi :)

I tak odważniej biorę się za przeglądanie kolejnych miejsc, wychylam nos z mojej dziupli... Bo warto... :)

Dziękuję, że jesteście i że w jaki sposób wpuściłyście mnie do swojego życia. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś kto zrozumie...

I mimo, że czuję się coraz bardziej uzależniona od klawiatury ;D jest OK. Duża Buźka!

Ciesz się, że nie szczekasz...

... taaaaka impreza była :D

Najpierw cały dzień w kuchni - sałatki, kanapeczki na krakersach, muffinki, koperty z ciasta francuskiego z farszem... No dałyśmy radę jakoś z Połówką Braciszka - przy okazji była szansa na lepsze poznanie się ;) A potem..... :D oj działo się, dobrze, że sąsiedzi wytrzymali i nie zapukała do naszych drzwi nad ranem brygada RR w niebieskich mundurkach ;) Co się uśmiałam to moje :) Taka w sumie dość kameralna imprezka, bo tylko osiem osób, ale za to JAKICH :D

Wciąż jeszcze mam dobry humor i niech mi już tak zostanie na długo :) Wprawdzie "dzień po" było trochę strasznie.. Ale teraz jest już dobrze. :)

Miłego dnia!

Są takie dni...

Są takie dni w życiu Kobiety, kiedy na delikatne pytanie, dlaczego gotuje zupę w pięciu garnkach odpowie: "BO TAK!!!!!!!!"

Ja właśnie jeden z takich dni mam... I aczkolwiek ja sama, jak również Mężon, stanowczo wolelibyśmy, żeby odbywało się to jakoś delikatniej, comiesięczne rozdrażnienie powraca jak bumerang. Tak właściwie, to wkurza mnie wszystko w różnych dziwnych momentach. Mogę przejść obojętnie obok sterty nieposkładanych ciuchów, albo pozmywać górę brudnych naczyń, o których ktoś zapomniał, ale na nieporządek przy kompie zareaguję furią. Albo dopada mnie "niechciej" i na pytanie czy chcę kolację odpowiadam "tak" a potem zaraz (jak już Mężon jest w kuchni) "albo nie, nie chce mi się jeść" (po czym w zależności od dnia może mi się jeszcze odmienić ze dwa razy). Taka wredota jakaś się przyczepia. Przyczepia i wyłazi na wierzch... Biedny Mężon, jak on mnie znosi?

I wkurza mnie ta pogoda dla ślimaków, i to, że Teściowa podała nam do zjedzeni…

Wtorkowe rozleniwienie...

Od wczoraj nic mi się nie chce. A właściwie od niedzieli. Rozleniwiłam się, dobrze mi się mieszka, zredukowałam stres do minimum...

Wena jakaś kapryśna, chyba wakacji dłuższych się jej zachciało. "Cześć, pa" i mogę jej szukać po polach i lasach :/ W sumie, to chętnie bym poszukała, ale urlop wcale nie chce do mnie zawitać w tym samym czasie co do Weny.

W sobotę mieliśmy gości. Obydwoje teściowie wybrali się do nas z wizytą. Jakiegoś stresa od tego złapałam (nie wiem czemu, mieszkaliśmy z nimi przecież z Mężonem ponad dwa lata) i podeszłam do sprawy poważnie. Usmażyłam i upiekłam mięsko, do tego ziemniaczki, sałata lodowa, wino... Nawet lody kupiłam na deser ;) (jako że jeszcze nie mam miksera miałam do wyboru sałatkę owocową albo lody - wybrałam mniej pracochłonne ;) ) Obiad smakował, atmosfera była bardziej niż miła... Aż się zdziwiłam... Wszystko wraca do normalności :)

Zawsze byłam zdania, że mieszkanie z rodzicami to bardzo głupi pomysł... Cóż, nie było innego wyjścia -…

hhhhomantism...

hmmmmm... Zastanawiam się jak zacząć...

Romantyzm to jest takie coś, co w moim związku objawia się dość spontanicznie i niespodziewanie. No i wręcz rzadko. Owszem, na początku znajomości z Mężonem dało się go odczuć nawet całkiem wyraźnie - spacerki za rączkę, kwiatuszki, czekoladki itepede. Aż za słodko momentami, ale jako osoba zakochana, z klapkami na oczach wielkości japonek nr 46 tylko się z tego cieszyłam.

Czas sobie mijał, romantyzm objawiał się coraz rzadziej, aczkolwiek częstotliwość bardzo wzrosła po ustaleniu przez nas daty ślubu, a potem w okresie poślubnego pomieszkiwania w wynajętym mieszkanku. Następnie znów zdechł. Podnosił głowę w ramach Okazji - czyli urodzin/imienin/walentynek. Z okazji rocznicy ślubu zerwał się nawet do pozycji półsiedzącej... I znów padał. Czuję, ze nie tylko o sobie piszę i zastanawiacie się na pewno "do czego ja w ogóle zmierzam??" :D Otóż.

Ostatnio romantyzm Mężona osiągnął pewną granicę dolną, o którą go nie podejrzewałam. Tak właśc…

Szczerbaty uśmiech poniedziałkowy.

Zaczynam kolejny tydzień. Jakoś tak... Lekko.

Kiedy wracam, z pracy, czuję jakbym wracała do siebie - mimo, że mieszkanie nie moje ani nawet samodzielne... Ale jest taki luz... Nie trzeba z niczego się tłumaczyć, niczego w sobie dusić... Po prostu żyć. Tak jak nam się podoba. I nawet ten zapchany tramwaj drażni już mniej. :) Oddycham.

Zaprosiliśmy Rodziców Mężona na obiad w sobotę. Już będzie prawie trzy tygodnie jak ich nie widziałam, więc myślę, że uda mi się to przetrwać. Tak właściwie to Teściowa zaprosiła nas pierwsza. Zaproszenie było takie jak zwykle - dzwoni o 11 w niedzielę i mówi, że mamy być na 13 na obiedzie. I wcale ją nie obchodzi, czy mamy jakieś plany czy nie. Robiła tak często jak wyprowadziliśmy się zaraz po ślubie. Starała się mieć nad nami kontrolę nawet na odległość. Sprawdzała, czy Synek rzuci wszystko byle biec, "bo to mama zaprasza". No i biegaliśmy... Czy były już plany, czy nie...
Ale wczoraj doczekałam się tego, że Mężon powiedział Mamie - "z…

Dzień 193.

Motywacja mi wzięła i zdechła. I wena też.

No i co Pan zrobisz jak nic Pan nie zrobisz? :/

Idę się trochę poweekendzić Może zdybię jakieś nowe.

TO PA.

Rzecz o tramwajach.

Wiecie, ja ogólnie jestem pozytywnie nastawiona do świata...
I właściwie jakoś ciężko jest mnie wyprowadzić z równowagi, szczególnie kiedy dobrze mi się dzieje...

Bo ogólnie dobrze mi się dzieje. Wreszcie wyprowadziłam się od teściowej, co mogłoby mi wyrównać wszelkie niepowodzenia na ... powiedzmy 3 miesiące ;) . Mieszkanie już prawie doszorowałam, więc milutko się egzystuje. Z Braciszkiem i Drugą Połówką dogaduję się na bardzo przyzwoitym poziomie (a przynajmniej z mojej strony tak to wygląda). Szeryf dokucza w stopniu znośnym... No jest dobrze proszę Państwa...

Ale jest jedna rzecz, która doprowadza mnie do szału konkretnego i gorączki nie tylko białej ale nawet czerwonej.

Tramwaj... No cholera mnie bierze jak pomyślę o MPK i ich cudownym pomyśle redukcji częstotliwości jeżdżenia jedynego dostępnego mi w bezpośredniej odległości "środka komunikacji miejskiej"...

Dojeżdżam do pracy na ósmą - 7:20 jestem na przystanku. 7:22 przybywa "środek komunikacji". Wszystkie…