Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2009

Coś dla pesymistów ;)

Bakcylek bądź bakteryjka...

Batalia prawie wygrana. Ciągle mam jeszcze wszystko że tak powiem "w nosie" i to w sensie dosłownym, ale nie jest już tak źle jak było. A we wtorek było STRASZNIE. Wciąż mi się wydawało, że mój nos to obcy, który mi się przyssał do twarzy i zamierza tam zostać na stałe...

No cóż, zmasowany atak malinowo miodowy przyniósł na szczęście odpowiedni skutek ;) Powstałam z betów i wzięłam się za chałupę. Do Emki - tak delikatnie się wzięłam!!! :D szczególnie, że nie mieliśmy wody przez 2 dni przez jakieś dziwne wymiany czegoś tam w rurociągu... i jest spoooro rzeczy do nadrobienia...

Dziś sobie zadzwoniłam "do góry" i woda jest. Windy - jakby się ktoś pytał - nie ma, są drzwi - zamontowane na każdym pięterku - ogroooomny postęp. Postęp -i tyle. No cóż, cierpliwości Ci u mnie ostatnio dostatek. I w ogóle humorek dopisuje boooo....

Mamunia do mnie przyjeżdża jutro na cały tydzień :) Więc proszę się nie bać, w przyszłym tygodniu jak mnie nie będzie, to wcale nie będzie zn…

Zarazek...

Zarazek wrócił w czwartek z pracy cały zasmarkany i położył się do łóżka. Wcześniej na stole w kuchni położył cały asortyment różnego paskudztwa z apteki. I jęknął że wziął sobie dzień urlopu.
No to zaaplikowałam Zarazkowi to, co przyniósł + kolację i gorącą herbatę. Podobnie było w piątek.
W sobotę Zarazek czuł się już na tyle dobrze, że pojechaliśmy do Ikei na zakupy - fajnie było, choć wieczorem nogi wchodziły mi do miejsca które się z owymi "zakupy" rymuje ;)
W sobotę kuracji ciąg dalszy i w niedzielę rano Zarazek awansował z powrotem na miano Mężona. I składaliśmy razem kanapę, którą panowie przytaszczyli koło południa...

A potem... Potem zległam na tej kanapie, bo zaczęła mnie boleć głowa. I gardło. I byłam koszmarnie osłabiona. Dzisiaj rano przyplątał się do tego katar.

Zdegradowano mnie do miana Zarazka...

W zwolnionym tempie

Na zwolnieniu jestem. Poszłam sobie we wtorek w zeszłym tygodniu do mojego Pana doktorka, zapytał się, czy jestem na zwolnieniu, odparłam, że nie, ale mogłabym iść - i... stwierdził "no w końcu"... Potem tylko zapytał - to od dziś piszemy czy od jutra? Chciałam od poniedziałku, ale się zmarszczył, więc jest od środy... Tak szybko wypisywał, że uznałam, że się boi, żebym się przypadkiem nie rozmyśliła. :D

Ogólnie ze mną wszystko ok, tylko te podróże na ósme piętro wszystkich przerażają, tak jakbym co najmniej na jakieś Kilimandżaro lazła... A ja się hmmm przyzwyczaiłam chyba albo co? Od początku ciąży przybyło mi tylko osiem kilo - jak sobie uświadomiłam, że spacery po schodach mogły się do tego przyczynić, bo przecież jem ostatnio wszystko co mi tylko podleci pod rękę... To chyba przestało mnie to aż tak denerwować :D. Coraz wyraźniej się jednak zanosi na to, że zostanie mi to ukrócone, bo Panowie z aparatami do borowania zagnieździli się w szybie windy już chyba na stałe…

Słońce świeci sobie z dala...

Górą ptaszek...

I tak dalej - chciało by się jęknąć. Ptaszków ci u mnie dostatek - fruwają takie stada pierzastych pulpetów zostawiając wszędzie śmierdzące ślady swojej obecności... A przedwiośnie niby. Wygłodzone toto powinno być, wychudzone, bardziej jakby to rzec - płochliwe... Ale gdzie tam. Siedzi takie pod nogami i nawet nie ma zamiaru żeby odlecieć, pewne, że nikt go nie nadepnie...
Uodporniłam się na rozczulające grrruchuuuuu po pierwszym epolecie na ramieniu...

Ale słoneczko mi się podoba. Nawet kusi spacerem - mnie, obywatelkę morsko-słoniowatą :D Tak by się poszło... Na Rynek nawet... W kupę tych gruchających, pierzastych nawet...
Bo się wiosennie robi, ciepło... I nawet obciążone ciut kręgi słupne garną się bardziej do chodzenia niż pozycji poziomej ;)

Więc odczekam jeszcze trochę w firmowym kieracie, a potem z nieodłącznym plecaczkiem na brzuchu (o ileż by to było wygodniejsze, móc go czasem przenieść na plecy ;)) w drogę!

Buhaha - a za dwa tygodnie będzie - "wszy…

W marcu jak w garncu

:D No tak jest, ale wiecie co? Nie szkodzi!!
Najważniejsze, że śnieg się roztopił. I mogłam dzisiaj zostawić szalik w domu. I w ogóle jest jakoś - jaśniej - nie wracam z pracy po ciemku...

No po prostu jest super noo :)

Powolutku kończy się mój czas w pracy. W przyszłym tygodniu pozbieram swoje zabawki i będę grzecznie czekać w domu na cud :) Bo inaczej tego nazwać się nie da - któregoś pięknego, majowego dnia, wrócę do domu trzymając w rękach kwilące zawiniątko (haha, i to nic, że "kwilące zawiniątko" może się okazać wrzeszczącym wniebogłosy bachorem, a "piękny majowy dzień" będzie mokry, zimny i zabłocony- dam radę! :)))... I już nic nigdy nie będzie takie samo... Wisząca u cycka mała Przyssawka zajmie w moim i Mężona sercu ogromną ilość miejsca i już nigdy nie da się stamtąd usunąć... :)

W piątek spędziliśmy mnóstwo czasu w dziale dziecinnym jednego z hipermarketów. I zastanawialiśmy się nad problemem wagi państwowej - czy szczoteczka i grzebyk do włosków mają…