Przejdź do głównej zawartości

Rozprawa z przeszłością

Minęło już prawie dwa miesiące, ale ja wciąż mam przed oczami obrazek siebie gryzącej z bólu szpitalną poduszkę...

Poród - większość z was ma to już za sobą i pewnie powiecie mi jak lekarka mojej Młodej - to się zapomina... Ale ja chyba nie zapomnę...

Zaczęło się w środku nocy. Tak jak chciałam, Mężon był w domu, nie byłam sama. Zareagowałam spokojnie i z niejaką ulgą - no, nareszcie... Odczekałam do trzeciej, żeby nie siać paniki, ale skurcze nie minęły. Obudziłam Mężona najdelikatniej jak umiałam - Kochanie, to chyba już, tylko spokojnie... Ale i tak zerwał się jak oparzony.

Poszłam pod prysznic, on zaczął się ubierać, a ja poczułam jak zaczęły odchodzić wody. Tak jak mówiła Mama - wiedziałam, że to już, mimo że cały czas się bałam, że pojadę do szpitala a stamtąd wyślą mnie z powrotem do domu... ;)

Ubrałam się i zadzwoniłam po taksówkę. Mężon dopakował do torby rożek, moją kosmetyczkę i kanapki, które naszykował sobie do pracy. Do taksówki zeszliśmy po schodach - winda niby była, ale wciąż jeszcze oficjalnie nieodebrana. Taksówkarz popatrzył na nas ze zrozumieniem i pojechał do szpitala zdecydowanie krótszą drogą.

Szpital wybrałam sobie wcześniej. Miałam to szczęście, że pracował w nim mój lekarz, więc przyjęto mnie bez większych problemów, jednakże z pretensjami, że budzę ich o takiej porze - była trzecia w nocy... Gdybym wiedziała, że to potrwa tak długo - zostałabym jeszcze w domu.

Przyjęła mnie gburowata położna. Ja starałam się być miła, mimo bólu, ona nie uważała tego za konieczne. Poszła obudzić lekarkę. Dyżurująca pani ginekolog zbadała mnie, szeroko ziewając. Potwierdziła, że owszem - zaczęło się, ale jeszcze długa droga przede mną... I kazała położnej przyjąć mnie na oddział. Położna ze skrzywioną miną pobrała ode mnie wszystkie dane. Nie znalazła wśród moich badań jednego z wymaganych i dostałam ochrzan, mimo, że pamiętam, że takie robiłam - widocznie nie dostałam wyniku od lekarza. Z wielką łaską pani uznała, że pobierze mi krew do badania później i zrobią je na miejscu.

Wypuściła mnie w końcu z gabinetu, zgarnęłyśmy po drodze Mężona i zaprowadziła nas do "pokoju przedporodowego", gdzie kazała mi się rozebrać. Zapytałam o zzo, bo na wszelki wypadek chciałam wiedzieć jakie są procedury. Pani burknęła tylko, że mam sobie to załatwić z następną zmianą. Przyszła jeszcze pielęgniarka, żeby zrobić mi wkłucie, i przez następnych parę godzin nikt już do mnie nie zajrzał, mimo że byłam jedyną pacjentką...

Dobrze, że był ze mną Mężon - baardzo długo tego dnia rozmawialiśmy :)) Przed nadejściem zmiany pani położna podłączyła mnie do KTG. Zapis obejrzała już kolejna, która przyszła ze świeżym zapasem sił i postanowieniem, że urodzę na jej zmianie :/ Owszem ucieszyłam się, że w końcu ktoś się mną zajął, ale jednocześnie poczułam się kompletnie odcięta od własnej woli. Położna zbadała mnie, potem dała coś na rozluźnienie szyjki... O ósmej był obchód znowu badanie, lekarz zarządził oksytocynę... Same badania upewniły mnie, że chcę znieczulenie. Położna była oburzona, że tak reaguję na jej mało delikatne "próby pomocy" :/ Mijały godziny, nic się nie zmieniało. Zajmowała się mną studentka na praktyce - dopiero ją udało mi się doprosić, żeby ktoś wreszcie podał mi znieczulenie, bo zaczynałam tracić kontrolę nad sobą, tak bolał mnie kręgosłup... A okazało się, że nie mam potrzebnych do znieczulenia badań... Położna pobrała krew... Powiedziała, że i tak muszę poczekać aż lekarz mnie "zakwalifikuje"...

Minęły kolejne 2 godziny. W międzyczasie kolejne badania rozwarcia, które sprawiały, że umierałam z bólu, KTG, skurcze... Oskarżenia położnej, że nie chcę urodzić, że myślę tylko o sobie, od których chciało mi się wyć... Byłam już bardzo słaba, bo to trwało tyle godzin... W tym momencie chciałam, żeby to się po prostu skończyło, - jakkolwiek - żeby tylko dali mi spokój. Widziałam zdenerwowanie Męża, jego bezsilność... A nawet nie przychodziło mi do głowy, ze to wcale jeszcze nie jest najgorsze co mnie czeka...

Koło 15 przyszedł lekarz. Uznał że rozwarcie jest wystarczające, żeby podać mi znieczulenie. Podłączyli mi kroplówkę z glukozą, po której poczułam się silniejsza, potem przyszły dwie anestezjolożki. One jedyne widziały mnie, a nie brzuch na dwóch nogach, z którego trzeba wyciągnąć dziecko :/ Nie wiem, co mi bardziej pomogło - znieczulenie, czy ich pełne optymizmu pocieszanie. Znieczulenie przywróciło mi siły. Przestał boleć kręgosłup, poczułam skurcze w brzuchu. Położna wreszcie była zadowolona... A ja zwyczajnie znowu poczułam się człowiekiem, który coś może...

Położna zaczęła mnie przygotowywać do przejścia na salę porodową. Okazało się, że wszystkie są zajęte - w jednej sprzątają... Uznała - że jakby co, poradzimy sobie na miejscu - na zupełnie płaskim łóżku... Przeraziłam się. Na szczęście zdążyli ze sprzątaniem.

Już w szpitalu Mąż podjął decyzję, że będzie przy mnie do końca. Na sali porodowej nagle zebrało się wokół mnie mnóstwo ludzi. Ginekolog, położna, studentka, pani z oddziału noworodkowego, pediatra, anestezjolog, pielęgniarka i blady jak prześcieradło Mąż. I wszyscy oprócz tego ostatniego patrzyli między moje nogi... Chciałam jak najszybciej mieć to za sobą. Męczyłam się już 12 godzin... Sam poród trwał 20 minut. Ostatnim wysiłkiem udało mi się wypchnąć Maleństwo z siebie... Położna położyła mi ją na brzuchu, zobaczyłam umazaną krwią, czarnowłosą istotkę. Rozdzierająco drącą dzioba ;) Po chwili małą zabrała pani doktor, zmierzyła ją, zważyła, przyznała 10 pkt i owiązała rączkę i nóżkę tasiemkami z nazwiskiem. Ja w tym czasie rodziłam łożysko. Znowu położyli mi malutką na brzuchu, informując że wszystko ok i, że mam potwierdzić dane na tasiemkach. W tym momencie potwierdziłabym nawet, że Julka jest czarna ;)

A potem - potem było najgorsze. Zostały przy mnie 4 osoby - anestezjolog podłączył mi dodatkowe znieczulenie, a lekarz, polożna i studentka zaczęli zszywanie. Trwało półtorej godziny i mimo dodatkowych zastrzyków z lidokainy czułam każde ukłucie :( Mężon, który poszedł za Julką na dział noworodków, ledwo wysiedział na korytarzu... Potem pomógł położnej zaprowadzić mnie do sali - dwuosobowej na szczęście. Byłam ledwo żywa. Ale po chwili Mężuś przywiózł Julkę i położył obok mnie z zaleceniem od pań z oddziału noworodków, że mam ją nakarmić. Jakieś nowe siły we mnie wstąpiły - starałam się podać Małej pierś, ale ona spała w najlepsze. I tak całą noc, mimo że pielęgniarki maniakalnie kazały mi ją budzić i karmić. Rano Młoda otworzyła ślepia przyssała się do piersi na parę minut i zasnęła z powrotem... Po trzech dobach wypisali nas do domu... Na szczęście, bo już miałam wszystkiego wyżej uszu... Odebrała nas Teściowa, a potem wdrapałam się na swoje ósme piętro...

Uwielbiam moją córkę, ale wciąż jestem zdania, że to, przez co kobiety muszą przechodzić żeby mieć dzieci - jest po prostu koszmarem. Nie sądzę żebym kiedykolwiek to zapomniała... Dobrze, że nie mam w planach powtórki...

I wiecie co? Całkiem inaczej spojrzałam po tym przeżyciu na własną Mamę :)

Uff.. jakoś lżej po "wypisaniu się" :) Zmykam do mojej córeczki :)

Komentarze

  1. Dokładnie, dokładnie takie samo mam odczucie z tym o kobietach i o innym spojrzeniu na swoją mamę:) Piękny jest sam fakt pojawienia się dziecka ale wszystko poza tym jest uwłaczające i poniżajace. Pozdrawiam. Inezka

    OdpowiedzUsuń
  2. :) Dzięki Inezko :) Pozdrawiam również :)

    OdpowiedzUsuń
  3. boszzzzz jaka masakra!!! to ja już wiem dlaczego moje koleżanki załatwiały sobie cesarki!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Promii uwierz, cesarka różni się tylko czasem wyjmowania dziecka, potem jest tylko gorzej, na moją salę przywieźli babkę po cesarce :/ widziałam jak się męczy i chyba mimo wszystko wolę poród naturalny

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja rodziłam siłami natury ...przez 18 godzin. Podobnie jak Tobie ...wydawało mi się, że nie da się zapomnieć tego bólu, ale - zapomniałam. Radość z bycia mamą wymazała z pamięci ...złe chwile towarzyszące przyjściu Córki na świat.

    Serdecznie Cię pozdrawiam i życzę dużo radości :-)

    Florella

    OdpowiedzUsuń
  6. oj, ja tylko przejrzałam wpis, bo opisu się boję. póki co mam czas by się teraz nie interesować, a jak tylko o tym myślę, to mi słabo. pewnie przejdzie we właściwym momencie - chyba :)
    gratuluję, :)))

    kiedyś Nuta

    OdpowiedzUsuń
  7. Boźźźźźźź masakra... Ja myślałam, że gdyby zamarzyła mi się "powtórka z rozrywki" to będę rodzić tam gdzie ty, aleee... Po przeczytaniu powyższego stwierdzam, że będę się modlić, żeby przypadkiem nie zamknęli miejsca gdzie rodziłam :D

    A to fakt, że przez ciążę i poród inaczej się patrzy na własne Mamusie :D
    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
  8. Florello ja nie żałuję, że przez to przeszłam dla Julki, żałuję że to w ogóle jest :/ Lecę czytać post dla mnie :))

    Claro (domysliłam się żeś Ty Nutka ;)) nie czytaj, każdy poród jest inny :)

    Eunice ja chyba jestem ogólnie źle nastawiona do porodu ;) ten szpital pewnie nie jest taki zły ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. gratuluje narodzin coreczki :)

    swietnie cie rozumiem co masz na mysli mowiac o niezbyt milych doznaniach porodu
    ja poki co dzieci nie mam ale to co opisalas najbardziej mnie przeraza
    panicznie boje sie zarowno ciazy jak i porodu
    obawiam sie ze nie jestem do tego stworzona mimo ze kocham dzieci

    OdpowiedzUsuń
  10. Omg !! Toż to jakaś masakra !! Ja zszywanie też wspominam okropnie, ale aż tyle to nie trwało.Dlatego jak rodziłam Drugą, to pytałam jak tam sytuacja wygląda i czy jest opcja bez nacinania ? I dałam radę ! Ogólnie pierwszy poród u mnie też tak długo trwał leżałam bardzo długo na sali, byłam bez małża, ale raz na jakiś czas łaskawe panie fatygowały się do mnie...
    Ogólnie okropne to jest jak czasem rodzącą kobiete sie traktuje :(

    OdpowiedzUsuń
  11. dzięki Żanuśka - wiesz, dla szkraba warto to zrobić -nagroda w postaci dziecka jest wyjątkowa ;) Ale ja powtarzać nie zamierzam ;)

    Blanko, niestety - takie życie... Może miałam pecha? Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  12. W mordę Misia,to se przeczytałam.Ludzie są beznadziejni, nie wiem po co wybierają taki zawód skoro nie mają współczucia w sobie.Wrrr.Pozdrawiam Cie gorąco i dziekuję za kciuki::).Ps.Juleczka jest śliczna:)

    OdpowiedzUsuń
  13. trzymam trzymam!!!! :) i Julka też :) chcemy Myszątko! niech rośnie sobie zdrowo - i nie myśl jeszcze o porodzie :D może to tylko ja tak przeżywam PS dzięki ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. ja tam nie wiem, te 3 które miały cesarki są niesamowicie szczęśliwe, że je miały! i nie mają t5akich przeżyć, w odróżnieniu od tych, które rodziły naturalnie...
    no chociaż jak robiłam badania do pracy licencjackiej (pisałam o depresji poporodowej) to jedna dziewczyna urodziła w mniej niż godzinę i jak rozmawiałam z nią 40min po porodzie to była całkiem rześka heh

    OdpowiedzUsuń
  15. :) ja miałam okazję obserwować Panią po cesarce w swojej sali - ona leżała plackiem, a ja mogłam o własnych siłach od razu iść pod prysznic, przekręcić się w łóżku - chyba znieczulenie w końcu podziałało :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Gratulije małej -niech zdrowa rośnie !
    U mnie bylo podobnie tylko bez znieczulenia i bez męża ...
    A myślalam że te chamskie zachowania się już nie zdarzają ...I a propos -czy zmuszono cię do płacenia za zoo /?
    Acha i spytam w sprawie raw pacjenta -ja orodzilam 11 lat temu więc mnie ciekawi co się zmieniło -czy np pytano cię o zgodę na obecność studentki ?
    Pozdrowienia !
    Ewelina.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dzięki Ewelino :)

    Nie pytano mnie czy się zgadzam, nawet kiedy starsza położna pokazywała tej studentce na mojej żyle jak się robi wkłucie :/ Za zzo nie płaciłam, za poród rodzinny też nie. Niestety takie zachowania to wciąż u nas normalne :/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zbieram dobre słowa ;)

Popularne posty z tego bloga

Ku pamięci ;-)

Ważne!

Dzisiaj moja córka zaczęła pisać swój pamiętnik.

Ziarno zostało zasiane...

Ale serio? Że już??

Przecież jeszcze niedawno nie umiała czytać ani pisać!!


Starzeję się...

Niewątpliwie.

Wkurw totalny.

Zwykle tak bywa, że...

Do pewnego momentu jest super, doskonała relacja, pełne zrozumienie, odczytywanie zachcianek, picie sobie z dzióbków i tak dalej...

Następnie przychodzi zgrzyt. I Misiaczkowi Dziubdziusiowi, Koteczkowi rosną rogi i pazury, kopytami zarysowuje parkiet, we wszystkim jest na "nie".

Zaczyna używać słów "Mogłaś to zrobić wczoraj", " Mogłaś mi przypomnieć", " Nie wiedziałem", "Nie mam na to czasu" i "Czym ty jesteś zmęczona???"

Nagle czujemy się odpowiedzialne za całe zlo tego świata łącznie z gradobiciem i plagą komarów.

I domową boginię wśród fajerwerków i donośnych efektów dźwiękowych szlag nagły trafia.

Oczywiście ten stan rzeczy nie trwa nigdy długo. Misiaczek piłuje szpony a Walkiria chowa uzbrojenie w zaciszu szafy...

Ale są takie dni...

Na szczęście mam na nie sposoby..
Dzisiaj taki:

A Wy? Jakie macie rady na chwilowy Armagedon? :-)

Niedoczas....

Czytałam niedawno artykuł.
O nowego rodzaju biedzie.
O ludziach, którzy cierpią na brak czasu. Za żadne pieniądze nie da się go kupić...

Mi się ostatnio wydaje, że spędzam moje życie w pracy. Albo do niej jadąc, albo z niej wracając. Nie macie tak czasami?
Czas, który odczuwam naprawdę, ten, kiedy jestem z moją rodziną, albo robię coś dla siebie jest na wagę złota. I znam tę wagę...

Wielkanoc była wspaniała. Tym razem Rodzice i Babcia przyjechali do mnie. Mialam ich wszystkich tak blisko i choć pojawiły się międzypokoleniowe zgrzyty, było dobrze...

Kiedyś nie doceniałam tego wspólnego czasu. Teraz kiedy pozostało nas tak mało... kolekcjonuję wszystkie momenty, zapisuję w myślach chwile. Na zapas.

Jeszcze dwa dni i uciekamy z K. Reset, zmiana otoczenia, potrzebuję tego bardzo.
Znowu z Rodzicami... :-)

Nie mogę się doczekać.

Dziękuję że zostawiacie słowa. Może tego bardzo nie widać, ale znowu mi się dzięki temu chce pisać. 😀
Udanego weekendu.
Słońca Wam i Sobie życzę!