Przejdź do głównej zawartości

"BAJECZKA"

Dawno, dawno temu...
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, morzami, górami i innymi jednostkami geograficznymi, było sobie piękne, zamożne królestwo, którym rządzili Król i Królowa.
Para królewska żyła sobie szczęśliwie i spokojnie, aż do momentu, gdy pewnej burzowej nocy, z głośnym wrzaskiem urodziła im się córka. Dziecko było różowe i tłuściutkie, jego główkę otaczały czarne loczki i gdyby tak nie wrzeszczała - uznano by ją za aniołka.
Młodzi rodzice, szczęśliwi, choć upiornie niewyspani, bo mała ryczała niczym stado głodnych osłów, rozpieszczali swą jedynaczkę jak tylko mogli. Mała Królewna rosła więc w zbytku (bardziej wszerz niż wzdłuż) i powoli zbliżała się w swoich wymiarach do wyglądu idealnej bryły - kuli.
Król i Królowa, zadowoleni że ich dziecko ma taki dobry apetyt, karmili córkę tym, co lubiła - kucharze już dostawali fioła przy kolejnych zamówieniach na hamburgery, hot dogi, frytki i słodycze pod każdą postacią...
Aż pewnego dnia... Królewna ze świergotem utuczonej gęsi wturlała się do sali tronowej i wpakowała ojcu na kolana.
Tron się załamał, a Król pod słodkim ciężarem córuni zaczął rzęzić i gdyby nie to, że Królewnie znudziło się siedzenie na Tatusiu, zapewne marnie by skończył...
Wtedy właśnie Król - ojciec spojrzał uważniej na swą jedynaczkę. Miała 17 lat, bardziej toczyła się niż szła, wszystkie drzwi w zamku musiano poszerzyć dla jej wygody, co chwilę wymieniano jej łóżko na nowe, bo wszystkie "jakoś szybko się psuły"... W dodatku majątek królestwa kurczył się głównie przez ciągłe zapełnienie księżniczkowego brzuszka... A córcia chodziła wciąż nabzdyczona, swoją chandrę lecząc głównie czekoladą.
Zamkowa spiżarnia wciąż była pusta, królewski podkomorzy (dziesiąty z rzędu) nie miał już włosów, by mógł rwać je z głowy, a jego główną myślą było: jaki wybrać rodzaj samobójczej śmierci, by nie kopiować pomysłów poprzedników... W obronie zapasów przed Łasuchem nie pomagały żadne zamki, rygle, prośby ani groźby. Królewna potrafiła znaleźć sposób nawet na zbrojną straż, która potem długo tworzyła zator przed zamkowym WC.
Coś z tym należało zrobić. Martwił się Król - i chudł, martwiła się Królowa - i chudła, martwili się królewscy doradcy - i nikli w oczach... Ba, cały dwór się martwił blednąc z dnia na dzień - i nic. Królewna natomiast miała kolejną chandrę, a co za tym idzie - wciąż rosła wszerz.
Nikt nie mógł znaleźć sposobu na tragiczny apetyt królewskiej córki. Zrozpaczeni rodzice udali się więc do Wodoleya - nadwornego wróżbity. Wodoley popatrzył w gwiazdy, w szklaną kulę, rzucił kośćmi czerwonego koguta, nadepnął na ogon czarnemu kotu, zapalił sobie jointa i rzekł wielkim głosem: - Królewnie potrzeba męża!!
Królewska para, szczęśliwa, że w końcu może pomóc swej latorośli początkowo wpadła w euforię, po namyśle jednak, mocno się zasępiła, bo przy tuszy królewny sprawa nie wyglądała tak różowo. Wprawdzie Królewna była szlachetnego rodu, miała pokaźny posag w postaci połowy królestwa, i godne maniery, lecz cóż... Kiedy poruszała się, pełna oczywiście królewskiego wdzięku - zamek drżał w posadach...
Rozesłano jednak gońców do wszystkich królewskich sąsiadów, by poinformowali wszem i wobec, iż Królewna jest gotowa wyjść za mąż. Każdy herold został wyposażony w płótno olejne przedstawiające Królewską córkę po porządnym retuszu.
Po pewnym czasie zaczęli zjeżdżać się książęta żądni posiadania tak cudownej żony (Królewna po retuszu wyglądała jak Miss World, no i ten posag...). Królewna jednak, akurat tego dnia przyjrzała się swojemu portretowi, a potem postanowiła sprawdzić podobieństwo w lustrze... i ... spanikowała.
Zaczęła kaprysić: - "Ależ ja nie wyjdę za mąż! Czy mi tu źle? Po co mi jakiś książę?? A poza tym ja ich nawet nie widziałam, tych "kandydatów" i nie chcę, żeby oglądał mnie ktoś więcej oprócz przyszłego męża. O!"
No i tu był problem... Królewscy rodzice odchodzili od zmysłów, tym bardziej, że nadworny wróżbita wyczytał w gwiazdach, że jeśli Królewna nie wyjdzie czym prędzej za mąż, królestwo czeka śmierć głodowa.
Król rwał włosy z głowy, Królowa wpadła w głęboką depresję, a Królewna beczała, nie chcąc wyjść do kandydatów ... i jadła...
Wreszcie, jeden z królewskich doradców (po kilku dobrze opłaconych sesjach u nadwornego psychiatry) wpadł na pomysł, że Królewnę umieści się w wieży, gdzie żaden z książąt jej nie dostrzeże, a za to ona przypatrzy sie wszystkim i będzie mogła sobie wybrać narzeczonego.
Królewna, o dziwo, przyjęła propozycję, wdrapała się (ciężko sapiąc i odpoczywając na co trzecim schodku) na wieżę i rozkazała pokazywać się książętom.
Wjechał pierwszy Królewicz - na karym rumaku. Rumak był owszem - do rzeczy, ale facet na nim miał metr pięć w kapeluszu i ośle uszy... Królewna z wrzaskiem odesłała go gdzie pieprz rośnie. Kolejny książę miał idiotyczne wąsy, następny łysinę, jeszcze jeden krzywe nogi... Ten był za chudy, tamten za stary, następni -... pryszczaty... zezowaty... piegowaty... I tak sypały się inwektywy pod adresem książąt, aż w końcu, po gburowatym okrzyku Królewny "NEXT"!!!! Nie pojawił się nikt.
Król kompletnie wyłysiał, Królowa zaczęła oglądać brazylijskie seriale, a Królewna zamknęła się w wieży, płakała i... jadła... Jadła i tyła... Tyła i jadła, aż wreszcie Król i Królowa poszli z torbami i Królewna została w zamku sama jak palec.
Na początku nie zorientowała się, że coś jest nie tak, bo w wieży było spokojnie i zacisznie - ona sama nikogo nie potrzebowała, nikt jej nie odwiedzał, tylko służący znosili jej jedzonko... Aż któregoś dnia - nie przyniesiono jej śniadania... Królewna się zdenerwowała... Nie przyniesiono jej drugiego śniadania - Królewna się wściekła... Nie przyniesiono jej obiadu - Królewna zaczęła rzucać co wyborniejszymi przekleństwami, ale nikt się nie zjawił. Podobnie było z podwieczorkiem i kolacją...
Wyczerpana dzikimi rykami, wciąż zła - postanowiła, że sama zejdzie do spiżarni i zobaczy co się tam wyprawia. Niestety... Miesiące w bezruchu wypełnione obżarstwem zrobiły swoje - Królewna nie mogła się przecisnąć przez drzwi. Ani przodem, ani bokiem, ani tyłem... ani z rozpędu. To było straszne. Królewna usiadła na podłodze i zapłakała - No zginę tutaj marnie!!! Płakała długo i rozpaczliwie, aż po raz któryś z rzędu wycierając nos, zauważyła malutkie drzwiczki...
Za nimi znajdowała się malutka komnata, wypełniona po brzegi... dietetycznymi sucharkami...
Tak... Królewna pamiętała te sucharki... Kiedyś Tatuś nasłał na nią dietetyczkę, która przywiozła to paskudztwo ze sobą i kazała jeść zamiast rurek z kremem i innych pyszności... Za te herezje oczywiście sfajczono dietetyczkę na stosie - no bo jak można odmówić Królewnie rurek z kremem?? A to paskudztwo kazano wyrzucić, lecz widocznie ktoś je tutaj schował... -Nie, nie będzie tego jeść... chociaż jest tak głodna... nie... nooo.. może jednego... Otworzyła paczuszkę i ugryzła sucharek - O Tfuuuuuuuuuuuuu!!! trocinyyyy!!! - wrzasnęła i wypluła go natychmiast - i poszła spać z pustym brzuszkiem... Ale w nocy zmorzył ja taki głód, że rozmoczyła sucharek w wodzie z deszczówki i zjadła. Potem zasnęła, jak zwykle na siedząco, bo materac "gdzieś się zapodział" pod fałdami jej królewskiej mości...
Przez następnych kilka tygodni Królewna nauczyła się jeść sucharki i zbierać deszczówkę, żeby mieć je w czym rozmoczyć, dalej jednak z trudem przechodziła jej przez gardło dietetyczna strawa - jadła więc, i płakała... A zamek zarastał bujną florą...
Tymczasem, Książę Szczuplutki wybrał się na polowanie. Długo jeździł po lasach, ze swym wytresowanym ptakiem bojowym, gołębiem Gruchaczem, próbując wytropić zwierzynę. Zapędził sie w końcu pod zamek naszej Królewny (który w międzyczasie zarósł dzikim agrestem) i usłyszał szloch, dochodzący gdzieś z góry.
- A któż tam tak płacze? - zawołał książę.
- Ja - odpowiedział mu gburowaty głos z góry.
- Kim jesteś, o Ja? - nie poddawał się książę.
- Królewną! - odwrzasnęło ze szczytu wieży.
- O pokaż się, piękna pani - krzyknął Książę z nadzieją, bo już od dawna bezskutecznie szukał żony.
- A masz coś słodkiego? - tym razem głos był deko sympatyczniejszy i brzmiała w nim nutka desperacji.
- Niestety, nie mam - odparł zgodnie z prawdą Książę.
- To spadaj! - odwrzasnęło mu znowu z góry i ucichło.
Wiedziona jednak ciekawością, nasza nadobna dziewoja wyjrzała przez okienko. Pod wieżą stał rumak, na rumaku siedział Książę. Królewna już tak dawno nie widziała chłopa, że nie zauważyła, że ten właśnie jest jakiś taki cherlawy, ma czuprynę jak snopek siana i głosik - co tu dużo gadać - też cieniutki...
Postanowiła go uwieść.
- Ach Książę! - zawołała słodkim głosem Królewna.
- Słucham? - odparł nieco zdezorientowany.
- Skoro już tu jesteś... (zaczęła Królewna wciąż słodko) może byś mnie tak uratował?
Książę zamyślił się.
- Książę, jesteś tam?
- Jestem, myślę.
- Książę! Ty nie myśl! Ty mnie ratuj!!
- A jak wglądasz?
Królewna niewiele myśląc złożyła swój najlepiej wyretuszowany portret olejny w samolocik i wypuściła go przez okno. Tresowany gołąb bojowy poderwał się z ramienia Księcia i przyniósł mu samolocik w szponach.
Książę rozwinął portret, przyjrzał mu się dokładnie, pomyślał i w końcu rzekł:
- No dobrze Królewno. Uratuję Cię.
... po czym zabrał się do rąbania swoim mieczem dzikiego agrestu. Ale, że był wątły i słabowity - marnie mu to szło.
Mijały tygodnie - Książę rąbał chaszcze pod zamkiem, a Królewna czekała na niego i chudła i chudła i chudła...
W końcu po trzech miesiącach, gdy książę był wreszcie w połowie drogi, Królewna nie wytrzymała. Złapała sekator i z rozpędem przebiegła przez drzwi swojej samotni (nawet nie zauważając, że się w ich mieści) i zaczęła sobie wycinać przejście z drugiej strony. Cięła i cięła, bicepsy jej rosły, sylwetka się poprawiała i... gdy w końcu stanęła przed Księciem, wyglądała lepiej niż na portrecie po retuszu.
Książę wybałuszył na nią gały, a ona - szczęśliwa, złapała swego wybawcę w ramiona, wsadziła na konia, wskoczyła na siodło za nim i ... pocwałowali ku zachodzącemu słońcu.

KONIEC

(zdjęcie znalezione w sieci)

Komentarze

  1. Prze prze prze zabawna historyjeczka :)
    Można było się popłakać, taka wzruszająca xD

    Tylko jedno mnie nie pokoi ... co Ty chcesz do osłów ?

    Przecież to takie biedne zwierzaczki:
    biedny osiołek

    hmm ?

    OdpowiedzUsuń
  2. hmmm, konkretnie nie chodziło mi o osła, lecz o uszy ośle... Bo choć u osła ośle uszy - mięciutkie i kosmate są zaletą, u księcia niestety niebałdzo ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. bardziej nawiązywałem, do tych "głodnych osłów" - nie uważasz, że to nie było smaczne ?
    One takie bidulki muszą harować, na ziemi ... cz w powietrzu. No cóż ... widzę, że lubisz pisać na krawędzi, no ale ogólne wrażenie jest tak mocne, że nawet myślę Marcin Ganiec by się nie powstydził :], także wybaczam Ci :)

    Natomiast chciałbym też odwołać się do głównej bohaterki ... a właście o dalszych jej losach :) zdradzisz coś wiernym czytelnikom, funklubowiczą , kibicą ? Najbardziej interesuje mnie to, czy nadal księżniczka wcina te sucharki ? Bo martwie sie o bidulke ... od sucharkow do anorksi juz nie daleko :]

    OdpowiedzUsuń
  4. No cóż, Królewna urodziła pięcioraczki anorektyczki (przeszły na nie geny od Księcia Szczuplutkiego)a potem musiała im szukać mężów żeby zaczęły jeść normalnie.. ale to już całkiem inna historia.

    Osłom podrzuciłam właśnie wiąchę siana ;) OK, niech nie ryczą :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Alez sie usmialam!:)
    Masz talent Kochana!:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zbieram dobre słowa ;)

Popularne posty z tego bloga

Ku pamięci ;-)

Ważne!

Dzisiaj moja córka zaczęła pisać swój pamiętnik.

Ziarno zostało zasiane...

Ale serio? Że już??

Przecież jeszcze niedawno nie umiała czytać ani pisać!!


Starzeję się...

Niewątpliwie.

Wkurw totalny.

Zwykle tak bywa, że...

Do pewnego momentu jest super, doskonała relacja, pełne zrozumienie, odczytywanie zachcianek, picie sobie z dzióbków i tak dalej...

Następnie przychodzi zgrzyt. I Misiaczkowi Dziubdziusiowi, Koteczkowi rosną rogi i pazury, kopytami zarysowuje parkiet, we wszystkim jest na "nie".

Zaczyna używać słów "Mogłaś to zrobić wczoraj", " Mogłaś mi przypomnieć", " Nie wiedziałem", "Nie mam na to czasu" i "Czym ty jesteś zmęczona???"

Nagle czujemy się odpowiedzialne za całe zlo tego świata łącznie z gradobiciem i plagą komarów.

I domową boginię wśród fajerwerków i donośnych efektów dźwiękowych szlag nagły trafia.

Oczywiście ten stan rzeczy nie trwa nigdy długo. Misiaczek piłuje szpony a Walkiria chowa uzbrojenie w zaciszu szafy...

Ale są takie dni...

Na szczęście mam na nie sposoby..
Dzisiaj taki:

A Wy? Jakie macie rady na chwilowy Armagedon? :-)

Niedoczas....

Czytałam niedawno artykuł.
O nowego rodzaju biedzie.
O ludziach, którzy cierpią na brak czasu. Za żadne pieniądze nie da się go kupić...

Mi się ostatnio wydaje, że spędzam moje życie w pracy. Albo do niej jadąc, albo z niej wracając. Nie macie tak czasami?
Czas, który odczuwam naprawdę, ten, kiedy jestem z moją rodziną, albo robię coś dla siebie jest na wagę złota. I znam tę wagę...

Wielkanoc była wspaniała. Tym razem Rodzice i Babcia przyjechali do mnie. Mialam ich wszystkich tak blisko i choć pojawiły się międzypokoleniowe zgrzyty, było dobrze...

Kiedyś nie doceniałam tego wspólnego czasu. Teraz kiedy pozostało nas tak mało... kolekcjonuję wszystkie momenty, zapisuję w myślach chwile. Na zapas.

Jeszcze dwa dni i uciekamy z K. Reset, zmiana otoczenia, potrzebuję tego bardzo.
Znowu z Rodzicami... :-)

Nie mogę się doczekać.

Dziękuję że zostawiacie słowa. Może tego bardzo nie widać, ale znowu mi się dzięki temu chce pisać. 😀
Udanego weekendu.
Słońca Wam i Sobie życzę!