Przejdź do głównej zawartości

Jan Lechoń "Bajka o miłości"

Z myślenia długich godzin, wypatrzeń zachwytnych,
Z dławiących piersi, tęsknych spoglądań po niebie,
Moja wielka się miłość zrodziła do Ciebie,
Jak lotna mgła eteru w przestrzeniach błękitnych.

Nic jeszcze nie wiedzących pożądań zadatkiem
Na oczy rozkochane w powietrzu się kładła,
Rzucając srebrny tuman na wodne zwierciadła,
Z tajemnych leśnych gęstwin patrząca ukradkiem.

Płynęła lekka, senna, rozlana po ciszach,
Płacząca, smutna, tęskna, zaklęta we grzmotach,
Jak bajka wciąż się rwąca w wieczornych chichotach,
Jak światło, co w klasztornych przyczaja się niszach.

Piastunka snów i marzeń, majaczeń na jawie,
Świetlików świętojańskich zielone miriady -
Cyt! Słyszę! Ponad wodą przechodzi cień blady,
I coś się poruszyło i żyje coś w trawie.

Nie miała żadnych kształtów, kolorów i woni,
I kędy się zwróciłem, widziałem ją wszędzie,
Jak srebrne babie lato w powietrzu rozprzędzie,
Jak wieczór chodzi lasem, na łące w dzień dzwoni.

Jak nocą po księżycu na ziemię się zsuwa
I srebrny warkocz poświat nad skały rozplata,
Jak w młynach bezrobotnych jękliwie kołata
I razem z tajemnicą mnie także wykuwa.

Zacząłem do niej tęsknić i chciałem ją zdradnie
Wieczorem zadumanym lub nocą świetlistą
W ramiona obolałe od tęsknot wziąć czystą
I tulić, aż z niej rosa jak perły opadnie.

Aż trawa się rozsrebrzy perłami drogiemi
I księżyc jej pod głowę podścielę się drżący,
I nic nie mówiąc, wszystko opowiem tęskniący
O wszystkim, co mi dziwne się zdało na ziemi.

I miałem oczy we mgłach i małej pasterce,
Co łąką idącemu zaśmiała się płocha,
Rzuciłem kwiat, spojrzałem jak człowiek, co kocha,
I miłość zabłąkaną przyjąłem w me serce.

To była ona właśnie! W tej jednej zaklęta,
Tej jednej ufająca, że wszystko mi zdradzi,
I odtąd szedłem za nią, gdy rankiem prowadzi
Na dawne moje łąki - srebrzyste jagnięta.

I nawet nie wiedziałem, że oczy ma piwne,
Ze idzie od jej włosów gorącość dusząca,
Że kiedy wiatr o białą koszulę jej trąca,
Potrąca odslonione jej piersi oliwne.

I byłem dziwnie cichy radością spokojną,
Wierzący, żem ją posiadł z tajemnic skradzioną,
I lilie raz przyniósłszy, nazwałem ją żoną,
I woń poczułem w głowie od kwiatów upojną.

A moja się pasterka zaśmiała srebrzyście
I w wodzie z lekka maczać poczęła swe stopy,
Aż woda jak zaklęta sypnęła ukropy-
1 z wierzby na tę wodę rozsuły się liście.

Tak całą moją wiedzę ujrzałem znów kłamną
I zamęt dzikich myśli rozpętał się we mnie,
Wiec padłem w trawy płacząc, zdradzony nikczemnie,
Przez miłość, co jak złodziej, powlokła się za mną.

Że nic nie chciałem więcej, niż tylko powrócić
Jedynej mojej prawdy odbicie na świecie,
I lilie postawiłem na stole w bukiecie,
A rankiem, gdym je poczuł - kazałem wyrzucić.

A nocą wiatr potrącił firanki przy oknie,
I deszcz uderzył w szyby i cicho zadzwonił:
Wiem teraz, że z firanką i pierś jej odsłonił,
I czułem, że nad stawem usiadła i moknie,

Ze czeka i wygląda przez oczy mnie piwne
I śmieje się do wody jak deszcze cichutko,
Więc w deszcz i w wiatr, i w burzę porwałem ją łódką -
Drgające, rozszalałe stworzenie oliwne.

Na brzeg rzuciłem nagą, we włosy zwikłaną,
Krwawiącą moje wargi krwią bioder i łona,
I świt mnie od niej zabrał. Leżała zmęczona
Bezmyślnie zapatrzona w pogodę rozlaną.

Z płynącej szarym niebem różowej zórz wstęgi,
Gdy ptaki obudzone poczęły świergotać,
Jak cisza, która smutek przychodzi omotać,
Tajona wstała radość mej młodej potęgi.

I nowa moja wiedza o szczęściu zgubionym
Tajemnic mi odkryła zaklęcia nieznane,
Rozśmialem się, dziewuchy ujrzawszy rumiane,
Pachnące czarnym chlebem i sianem skoszonym.

Tak wszystko mi w tej chwili przestało być tajne,
I wszystkie odróżniałem - kolory i wonie,
Wsłuchany w głos ze stajni, gdzie rżały me konie,
Pieniące się radością na siano zwyczajne,

Powietrzem upojony, rozśmiany do słońca,
Wtulony w miękkie trawy z cichutkiej muzyki,
Zielonych, polnych świerszczów łowiłem ton dziki
Miłości bez pamięci, początku i końca.

Aż tamtą znów poczułem godzinę zazdrosną,
Znużony zimnym wiatrem i żarem kochania,
Ze jest mi jak mgławica, co wszystko przesłania,
Jak tuman, co znad stawu podnosi się wiosną.

I w własnych mych ogrodach począłem się gubić,
Oparem opętany, co zmącił mi duszę,
Poczułem, że na nowo odnaleźć ją muszę,
By żywą jak tę pierwszą marzoną poślubić.

Jak pierwszą, rozpryśniętą w tysiącznych przebłyskach,
Rozlaną po eterach, pierzchliwą i lotną,
I świat mi się tą jedną wydawał stokrotną
Czującą się we wszystkich miłości nazwiskach.

Więc serce mi poczęło zalewać się łzami
I jakąś mi nie znaną nadzieją dziecięcą,
Żem w dłoniach twarz ukrywał, gdy koła się kręcą
Po stawie, co jak skarga się rozlał przed nami.

Aż oczy jej poczęły też łzami zachodzić,
I czułem, że ją dusza wypięknia i niesie
Ku rękom mym tęskniącym, jak echo co w lesie
Powraca tam, skąd wyszło, by piękniej się zrodzić.

Poczułem, że mi ręce położy na skronie,
Przystanie środkiem ścieżki i spojrzy się smutnie,
I powie coś tak cicho, jak kiedy o lutnię
Potrąci róża, schnąca w jesiennym wazonie,

Nadeszła. Popołudnia cichością jesienna,
Gdy krwawe jarzębiny poczęły z drzew spadać,
Spojrzała w moje oczy, nie chcąca nic gadać,
I wtenczas zobaczyłem, że była brzemienna.

Do ust mych przycisnąłem czerwone jej wargi,
Aż włosy spadły z ramion, pachnące jabłkami,
A jam z jej oczu drogich wypijał ze łzami.
Jej smutek, co mi mądrość powrócił bez skargi.

I odtąd chodzi cicha po moim ogrodzie,
Błękitne karmi łątki lub stanie przy stawie,
I długo, milcząc, patrzy, jak pasą się pawie,
Jak jesień liść pożółkły rozrzuca po wodzie.

Więc ledwie dojrzę szatę z oddali błękitną -
A cichość mi skroś serce przepływa jak strumień
Tajemnic odgadnionych i wielkich zrozumień,
Tych rzek, co w kwiatach płyną i kwiaty z nich kwitną,

I wiem, że ty nią jesteś, jak byłaś tęsknotą
Powietrzną, lotną falą, nie znaną z nazwiska,
I jabłek czuję zapach, gdy drżąca i bliska
Do ust się moich tulisz z dziecinną pieszczotą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ku pamięci ;-)

Ważne!

Dzisiaj moja córka zaczęła pisać swój pamiętnik.

Ziarno zostało zasiane...

Ale serio? Że już??

Przecież jeszcze niedawno nie umiała czytać ani pisać!!


Starzeję się...

Niewątpliwie.

Wkurw totalny.

Zwykle tak bywa, że...

Do pewnego momentu jest super, doskonała relacja, pełne zrozumienie, odczytywanie zachcianek, picie sobie z dzióbków i tak dalej...

Następnie przychodzi zgrzyt. I Misiaczkowi Dziubdziusiowi, Koteczkowi rosną rogi i pazury, kopytami zarysowuje parkiet, we wszystkim jest na "nie".

Zaczyna używać słów "Mogłaś to zrobić wczoraj", " Mogłaś mi przypomnieć", " Nie wiedziałem", "Nie mam na to czasu" i "Czym ty jesteś zmęczona???"

Nagle czujemy się odpowiedzialne za całe zlo tego świata łącznie z gradobiciem i plagą komarów.

I domową boginię wśród fajerwerków i donośnych efektów dźwiękowych szlag nagły trafia.

Oczywiście ten stan rzeczy nie trwa nigdy długo. Misiaczek piłuje szpony a Walkiria chowa uzbrojenie w zaciszu szafy...

Ale są takie dni...

Na szczęście mam na nie sposoby..
Dzisiaj taki:

A Wy? Jakie macie rady na chwilowy Armagedon? :-)

Niedoczas....

Czytałam niedawno artykuł.
O nowego rodzaju biedzie.
O ludziach, którzy cierpią na brak czasu. Za żadne pieniądze nie da się go kupić...

Mi się ostatnio wydaje, że spędzam moje życie w pracy. Albo do niej jadąc, albo z niej wracając. Nie macie tak czasami?
Czas, który odczuwam naprawdę, ten, kiedy jestem z moją rodziną, albo robię coś dla siebie jest na wagę złota. I znam tę wagę...

Wielkanoc była wspaniała. Tym razem Rodzice i Babcia przyjechali do mnie. Mialam ich wszystkich tak blisko i choć pojawiły się międzypokoleniowe zgrzyty, było dobrze...

Kiedyś nie doceniałam tego wspólnego czasu. Teraz kiedy pozostało nas tak mało... kolekcjonuję wszystkie momenty, zapisuję w myślach chwile. Na zapas.

Jeszcze dwa dni i uciekamy z K. Reset, zmiana otoczenia, potrzebuję tego bardzo.
Znowu z Rodzicami... :-)

Nie mogę się doczekać.

Dziękuję że zostawiacie słowa. Może tego bardzo nie widać, ale znowu mi się dzięki temu chce pisać. 😀
Udanego weekendu.
Słońca Wam i Sobie życzę!