Przejdź do głównej zawartości

Rzecz o tramwajach.

Wiecie, ja ogólnie jestem pozytywnie nastawiona do świata...
I właściwie jakoś ciężko jest mnie wyprowadzić z równowagi, szczególnie kiedy dobrze mi się dzieje...

Bo ogólnie dobrze mi się dzieje. Wreszcie wyprowadziłam się od teściowej, co mogłoby mi wyrównać wszelkie niepowodzenia na ... powiedzmy 3 miesiące ;) . Mieszkanie już prawie doszorowałam, więc milutko się egzystuje. Z Braciszkiem i Drugą Połówką dogaduję się na bardzo przyzwoitym poziomie (a przynajmniej z mojej strony tak to wygląda). Szeryf dokucza w stopniu znośnym... No jest dobrze proszę Państwa...

Ale jest jedna rzecz, która doprowadza mnie do szału konkretnego i gorączki nie tylko białej ale nawet czerwonej.

Tramwaj... No cholera mnie bierze jak pomyślę o MPK i ich cudownym pomyśle redukcji częstotliwości jeżdżenia jedynego dostępnego mi w bezpośredniej odległości "środka komunikacji miejskiej"...

Dojeżdżam do pracy na ósmą - 7:20 jestem na przystanku. 7:22 przybywa "środek komunikacji". Wszystkie miejsca oczywiście zajęte, także te strategiczne stojące (btw - "strategiczne" - jest się czego złapać i nie trzeba się przepychać do wyjścia przez całe stado). Wciskam się "gdziekolwiek byle stać w środku" i... zaczyna się droga przez mękę. Na jedno trzymadło przypada co najmniej pięć osób, te mniej odporne na wstrząsy starają się trzymać czegokolwiek poza tym. Na każdym przystanku ludzi wyłącznie przybywa, jest gorąco, nie ma czym oddychać, wszyscy się do siebie kleją -bynajmniej nie dlatego, że się tak bardzo lubią... Ja wręcz nie znoszę spoconej skóry, ziejących mi w twarz skacowanych osobników i wrzynających się we wszystko krawędzi torebek...

A na przystankach - Sajgon. Wszyscy się przepychają, gniotą, z dziką determinacją w oczach jedni się starają wydostać, drudzy dostać do środka. Wiele osób po prostu zostaje na przystankach, nie mając tyle "siły przebicia" żeby wsiąść. Podręcznik do survivalu stanowczo powinien mieć rozdział zatytułowany - "Jak wsiąść do tramwaju i nie dać się zabić".

Kiedy już wreszcie wypycham się na powietrze (uczucie jakbym przeżywała swój własny poród po raz kolejny) na właściwym przystanku, pół godziny później - jestem tak wymiętoszona, zmęczona szarpaniną, zestresowana - jak po połowie dnia pracy... Masakra...

A podobno "w trakcie wakacji mniej osób jeździ tramwajami". Kto to w ogóle widział?? Czy taki jeden z drugim decydent od siedmiu boleści jeździł kiedyś tramwajem w wakacje?? Gdzie niby jest to MNIEJ?? Urlopy wcale nie powodują zniknięcia WSZYSTKICH pasażerów z tramwaju!!
A miliard turystów to pies??

Uchhh... Jak bym tak dorwała... Kazałabym jeździć cały dzień tymi "pustymi tramwajami"...

No. Zrobić mi z tym coś!!! bo dorwę ;)

Komentarze

  1. U mnie w polskim miescie zredukowali nawet autobusy,a tramwajow to brak. NA dodatek jezdza wszystkie o tej samej porze zamiast je podzielic np co 30min. Zas w Anglii jak autobus jest pleny to nie zatrzymuje sie na przystankach, no ale tu co 10 min jezdza. Pozdrawiam. Shirin

    OdpowiedzUsuń
  2. :) byle przetrwać wakacje - wtedy też jeżdżą co 10 minut :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zbieram dobre słowa ;)

Popularne posty z tego bloga

Ku pamięci ;-)

Ważne!

Dzisiaj moja córka zaczęła pisać swój pamiętnik.

Ziarno zostało zasiane...

Ale serio? Że już??

Przecież jeszcze niedawno nie umiała czytać ani pisać!!


Starzeję się...

Niewątpliwie.

Wkurw totalny.

Zwykle tak bywa, że...

Do pewnego momentu jest super, doskonała relacja, pełne zrozumienie, odczytywanie zachcianek, picie sobie z dzióbków i tak dalej...

Następnie przychodzi zgrzyt. I Misiaczkowi Dziubdziusiowi, Koteczkowi rosną rogi i pazury, kopytami zarysowuje parkiet, we wszystkim jest na "nie".

Zaczyna używać słów "Mogłaś to zrobić wczoraj", " Mogłaś mi przypomnieć", " Nie wiedziałem", "Nie mam na to czasu" i "Czym ty jesteś zmęczona???"

Nagle czujemy się odpowiedzialne za całe zlo tego świata łącznie z gradobiciem i plagą komarów.

I domową boginię wśród fajerwerków i donośnych efektów dźwiękowych szlag nagły trafia.

Oczywiście ten stan rzeczy nie trwa nigdy długo. Misiaczek piłuje szpony a Walkiria chowa uzbrojenie w zaciszu szafy...

Ale są takie dni...

Na szczęście mam na nie sposoby..
Dzisiaj taki:

A Wy? Jakie macie rady na chwilowy Armagedon? :-)

Niedoczas....

Czytałam niedawno artykuł.
O nowego rodzaju biedzie.
O ludziach, którzy cierpią na brak czasu. Za żadne pieniądze nie da się go kupić...

Mi się ostatnio wydaje, że spędzam moje życie w pracy. Albo do niej jadąc, albo z niej wracając. Nie macie tak czasami?
Czas, który odczuwam naprawdę, ten, kiedy jestem z moją rodziną, albo robię coś dla siebie jest na wagę złota. I znam tę wagę...

Wielkanoc była wspaniała. Tym razem Rodzice i Babcia przyjechali do mnie. Mialam ich wszystkich tak blisko i choć pojawiły się międzypokoleniowe zgrzyty, było dobrze...

Kiedyś nie doceniałam tego wspólnego czasu. Teraz kiedy pozostało nas tak mało... kolekcjonuję wszystkie momenty, zapisuję w myślach chwile. Na zapas.

Jeszcze dwa dni i uciekamy z K. Reset, zmiana otoczenia, potrzebuję tego bardzo.
Znowu z Rodzicami... :-)

Nie mogę się doczekać.

Dziękuję że zostawiacie słowa. Może tego bardzo nie widać, ale znowu mi się dzięki temu chce pisać. 😀
Udanego weekendu.
Słońca Wam i Sobie życzę!